niedziela, 24 kwietnia 2016

Projekt życie


Ostatnio wspominałam Wam, że zaczynam projekt o roboczej nazwie "Projekt Życie" (opcjonalnie "Życiowa Partyzantka", "Wielka Prowizorka"). Projekt, wraz z samcem, zaczęliśmy pełną parą wprowadzać w życie po wielkich bólach, oczekiwaniach i walce z przeszkodami. Wypadałoby przybliżyć na czym ten nasz projekt polega, bo podejrzewam, że będzie o nim dużo.

Mnie i Samca połączyło wiele rzeczy: miłość do natury, fascynacja dziczą, próby wykorzystania na własny użytek dzikich roślin, ale też poczucie, że z tego chorego świata trzeba spieprzać czym prędzej. Jednak dopiero razem udało nam się wypracować jakiś plan działania, jakieś pomysły na życie, potrzeby i marzenia. Z tego wspólnego myślenia w końcu urodziło się działanie. Działanie to jest bardzo proste: maksymalne uniezależnienie się od WSZYSTKIEGO (sklepy, apteki, lekarze, ubezpieczenia, podatki, legalna praca) i zmtinimalizowanie kosztów życia. Oznacza to ciężką orkę i fizyczną i psychiczną, ale nasza wizja powoli nabiera kształtu i testujemy, czy się tak da.

Ale od początku: jak zminimalizować koszty życia? Najpierw należy zastanowić się, na co przeznacza się najwięcej funduszy. U przeciętnego człowieka w strefę wydatków wchodzą opłaty wszelakie (prąd, gaz, woda, opał, internet, telefon, itp.), składki ZUS i inne badziewie, jedzenie, kosmetyki, leki, ubrania, chemia gospodarcza,  ale też przyjemnostki: dekoracje do domu, gadżety, reklamowane "cuda" i miliony "niezbędnych" pierdół, w tym nałogi. 

Omijanie podatków i opłat wszelakich to kwestie bardziej skomplikowane, dlatego też zacznę od rzeczy prostszych. 

1.      Ubrania – sprawa jest banalna. Second handy i internety. Ostatni raz w normalnym skepie z ubraniami byłam... hm, nie pamiętam kiedy. Od jakichś dwóch lat stanowczą większość ubrań kupuję w "lumpach" i jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza, że w sieciówkach ceny wciąż rosną, a jakość materiałów wciąż spada. Nową kupuję tylko bieliznę i buty, przy czym na buty nie szczędzę grosza. Dzięki temu ostatnie buty, nie licząc sezonowych tenisówek czy trampek, kupiłam również ze dwa lata temu. Warto się rozglądać: większość moich podkoszulek pochodzi z Lidla, tak samo jak jeansy mojego Samca. Koszulki dla niego kupujemy na Allegro. Firma Fruit of tle Loom robi genialnej jakości bawełniane t-shirty (7 zł za sztukę, duża gramatura), ale też dresy i bluzy. Dlatego też wejście do sieciówki i kupno koszulki z poliestru, nawet i z bawełny, za 40 zł to dla mnie kosmos.

2.      Kosmetyki – tu mnie już troszkę znacie. Co tylko się da, staram się robić sama. Jestem w stanie wytworzyć mydła, dezodoranty, balsamy, kremy, maseczki, pastę do zębów, szampony, peelingi, toniki, perfumy. Z kosmetykami do makijażu też dałabym radę, ale to zbędny zbytek, bo maluję się tylko od święta i do tego celu zużywam to, co jeszcze mam z "poprzedniego życia". Jednak przyznaję bez bicia: wciąż używam kupnych szamponów do włosów i pasty do zębów bez fluoru. Domowa pasta na bazie mydła jest dla mnie zwyczajnie ohydna, a "eko" mycie włosów zbyt czasochłonne, bo operacje z jajkiem czy piętnastominutowe szorowanie czupryny szamponem z orzechów piorących mnie męczy, zwłaszcza, że muszę robić to co drugi dzień. Jednak staram się z tych sposobów korzystać, kiedy tylko mam więcej czasu (obecnie jestem z czasem na minusie, pierwszy raz w życiu). Lenistwo jednak ma swoje pozytywy: nie chce mi się robić regularnie kremów do twarzy, dlatego używam tylko oleju migdałowego – tanio i prosto. W ogóle, w codziennej pielęgnacji, oprócz rzeczonego szamponu, pasty i oleju migdałowego, używam tylko mydła, balsamu do ciała i smarowidła do rąk i ust (w tej kwestii najlepiej sprawdza się u mnie wazelina i... smalec). Jak wyglądają koszta? Na takie domowe kosmetyki (i chemię gospodarczą), wydaję jakieś 200-300 zł raz na pół roku. Kiedyś potrafiłam na kosmetyki wydawać po 200 zł MIESIĘCZNIE. W moje obecne koszta wliczają się też olejki eteryczne, które, jakby nie patrzeć, są bardziej przyjemnością niż potrzebą. 

3.      Chemia gospodarcza – ocet jest moim najlepszym przyjacielem. Octem da się umyć wszystko: naczynia, blaty kuchenne, armaturę łazienkową, piekarnik, okna, lustra, podłogę. Jeśli ocet nie daje rady, jest też soda, mydło i boraks. Z tych składników da się zrobić i proszek do prania i "tabletki" do zmywarki. Znów przyznaję bez bicia, że używam kupnego płynu do naczyń, znów wynika to z lenistwa. Domowe specyfiki się nie pienią i wymagają większej ilości czasu. Moja domowa partyzantka teraz mi na to nie pozwala. Jednak i w kwestii szaponu i w kwestii płynu do naczyń, planuję przejść w końcu, w sprzyjających okolicznościach na wersję samoróbną. 

4.      Leki – to już jest troszkę wyższa szkoła jazdy. Ja polegam na ziołach, ale faktem jest, że jestem po prostu zdrowym człowiekiem. Nie walczę z żadnymi przewlekłymi chorobami, mało co mi szkodzi, jedyne, co mnie łapie to okazjonalne przeziębienia (ciekawa rzecz: dr Różański pisze, że przeziębienia nieleczone i leczone farmakologicznie trwają 10-14 dni. Ziołami da się je skrócić do pięciu. Przetestowałam. Działa.). Mam swoje ulubione ziółka i specyfiki, takie jak glistnik jaskółcze ziele czy piołun, ale to jednak wymaga wiedzy i pewności. To, co jednemu pomoże, innemu może zaszkodzić. Dlatego też raczej wystrzegam się pomagania innym ludziom w kwestii zdrowia, chyba, że jestem pewna działania danej roślinki (a raczej jej nieszkodliwości). Jedynym wydatkiem w kwestii specyfików ziołowych może byś spirytus, ale niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nie bawił się w domową, garnkową destylację :)

5.      Jedzenie – tu sprawa jest prosta: kawałek ziemi. Dopiero w tym roku dorobiliśmy się własnego kawałeczka, na którym zasuwam teraz bez wytchnienia po to, żeby nie musieć kupować. Po pierwsze, jest to oszczędne, po drugie, własne warzywa po wielokroć jakością przewyższają te kupne, tu nie ma o czym dyskutować. Wkładam mnóstwo wysiłku w planowanie i różnorodność, żeby możliwie jak najbardziej ograniczyć kupowanie w sklepach. W kwestii mięsa planujemy mieć własne kury i króliki, łowić ryby i dogadać się z jakimś w miarę eko rolnikiem, żeby mieć dostęp do taniej i dobrej wołowiny i wieprzowiny. Nie zapominajmy też, że lasy pełne są zdrowo wybieganych sarenek i dziczków :) 

6.      Wystrój otoczenia i ogólne wyposażenie domu – co się da, chcę robić ręcznie. Wyplatanie z wikliny (na razie tylko papierowej) czy haftowanie, nie jest mi obce. Dużo czasu poświęcam na szperanie w internecie, na zbieranie pomysłów: co można zrobić tanio, samemu i z rzeczy dostępnych pod ręką. Meble do domu też da się zrobić samemu. A jeśli nie, są inne sposoby: giełdy staroci, komisy, ogłoszenia w internecie. A ja bardzo lubię rzeczy używane, bo one mają duszę. Tu ważny jest też jeszcze jeden aspekt: jakość materiału. Ja się wystrzegam plastiku, bo to syf i szybko się niszczy. Konewkę mam metalową, doniczek będę szukać ceramicznych, marzy mi się lepienie samemu z gliny. To są pierdoły, ale warto czasem pomyśleć i poszukać, żeby zdobyć rzecz, która wytrzyma dłużej. Zwykle wiąże się to z wyższą ceną, ale "biednych ludzi nie stać na tanie rzeczy". Jeśli w pewnych aspektach życia się oszczędza, to spokojnie można pozwolić sobie na to, aby rzeczy potrzebne były dobre, zdrowe i wytrzymałe.

No dobra, to były rzeczy poboczne. To znaczy, jeśli zbierze się je do kupy, robią się całkiem dużą i znaczącą sprawą. Teraz jednak przejdę do spraw bardziej istotnych, pokażę wam, w jaki sposób my pozbyliśmy się problemu większości młodych ludzi, czyli życia na kredyt.

Sporo ludzi, niezależnie od wieku, pragnie posiadać własny dom z ogrodem. Większość w tym celu bierze kredyt właśnie. Za kredyt kupuje sobie ziemię, buduje sobie swoje gniazdko, rzadko będąc świadomym, że póki kredyt jest, to nie jest się właścicielem swojej własności (jakkolwiek to brzmi). Na świecie już nie raz pieniądz upadał i dewaluował się, dlatego dziwi mnie, że ludzie lekką ręką zapożyczają się za 30 lat, myśląc naiwnie że przez ten czas zupełnie nic się nie zmieni, że będą sobie przez te 30 lat pracować w swojej bezpiecznej pracy, dokładnie za takie pieniądze jak teraz, które też będą mieć taką samą jak teraz wartość. Jest to dość zgubne podejście, dlatego warto się trochę przewartościować. 

Po pierwsze, kompletnie nie rozumiem budowy domu o powierzchni 200 metrów kwadratowych, gdzie każdy siedzi w swoim pokoju i członkowie rodziny w ogóle się nie widują. Taki kolos nie dość, że w trakcie budowy i wykończenia pożera grubą kasę, to jeszcze utrzymanie go kosztuje krocie. A przecież ludzie w miastach żyją w niewielkich mieszkaniach, gdzie właściwie niczego im nie brakuje. Można żyć na mniejszej powierzchni? Można. To dość istotna jest ogólnie zmiana podejścia. Mnie już jakiś czas w głowie uroiło się, że dom powinien stanowić miejsce do spania i schronienie przed złymi warunkami atmosferycznymi. Tylko. Większość życia jednak powinno się spędzać na świeżym powietrzu. Tej wiosny w końcu udało mi się wprowadzić to w życie (albo bardziej: warunki mnie przymusiły) i jestem z tego powodu niezmiernie uradowana (5 kg mniej w tydzień bez większego wysiłku – każda kobieta to pokocha).

Po drugie, fajnie byłoby uniknąć marnowania czasu i kosztów na rzeczy takie, jak pozwolenia na budowę, zgłaszanie wszystkiego w każdej możliwej instytucji, pokorne proszenie urzędników o łaskawe pozwolenie na zrobienie ze SWOJĄ ziemią tego, co się chce. I tu pojawia się bardzo fajna opcja: całoroczne domki bez zezwolenia. Mają one swoje ograniczenia – wysokość nie może przekraczać 5 m i może on zajmować powierzchnię 35 metrów kwadratowych. Jednak jeśli już człowiek przestawi się na bardziej "podwórkowy" tryb życia, taka powierzchnia spokojnie wystarcza. Piętrowy domek o łącznej powierzchni 50-70 m kw to już całkiem sporo powierzchni mieszkalnej. Jasne, przydałaby się jeszcze jakaś piwniczka, może ziemianka, ale to wszystko jest do zaplanowania. Zalety? Przede wszystkim, taki domek można postawić praktycznie WSZĘDZIE. Nie trzeba być posiadaczem zdecydowanie przewartościowanej działki budowlanej. Można rozejrzeć się za o wiele tańszą działką rekreacyjną, często w bardzo malowniczych miejscach, albo... stać się szczęśliwym posiadaczem ogródka działkowego (lub dwóch) w ROD. Mieszkanie na działkach to proceder dość pospolity i przy tym bardzo tani: roczna opłata to jakieś 0,40 zł od metra kwadratowego. Wszystkich zlęknionych uspokajam: regulamin RODu mówi, że za mieszkanie na działkach uważa się wykonywanie podstawowych czynności życiowych. Jest to termin tak luźny i niezobowiązujący, że właściwie nie da się tego w żaden sposób udowodnić. Często nawet ci "uczciwsi" działkowicze zamieszkują swoje działki w okresie letnim. Spokojnie można to jednak robić przez cały rok. 

Kolejna zaleta: mały domek = mało materiałów = niskie koszta budowy. Ja, jako dzikus, oczywiście mam na myśli domek drewniany. Przy budowie takiego cudeńka opcji mamy kilka. Możemy kupić gotowca, opłacić ekipę i w kilka dni postawią nam gotową, zdatną do mieszkania chatkę, możemy kupić gotowca i złożyć go samemu, o ile dysponujemy czasem, robotnym szwagrem i jakimiś umiejętnościami. Możemy też posiadać brata, który zrobi sensowny projekt, zamówić materiał na wymiar i grzebać się samemu – opcja najbardziej czasochłonna, ale też najtańsza. Jeszcze inna sprawa jest taka, że malutki domek bardzo łatwo jest ogrzać (a to jest ogromna oszczędność – do tej pory mieszkałam w o wiele zbyt dużym domu w dwie rodziny. Koszt opału na zimę jest kolosalny. Nie polecam.), bardzo łatwo jest go też utrzymać w czystości i ogólnej sprawności. Przy sprytnym zagospodarowaniu przestrzeni, zmieści się w nim wszystko, co potrzebne, chociaż tutaj warto nastawić się na minimalizm w posiadaniu rzeczy. 

         Jeśli mamy być niezależni, to oczywistym jest, że prąd będziemy mieć z paneli słonecznych i opcjonalnie wiatraka, wodę z własnej studni a do ogrzewania kominek.

I, ogólnie rzecz biorąc, taki jest nasz plan. Mamy kawałeczek ziemi o powierzchni 650 metrów kwadratowych, która koszttuje nas 300 zł rocznie i będziemy budować na niej drewniany domek bez zezwolenia. Ziemia, oczywiście, zagospodarowana będzie pod warzywa, owoce i zioła, co już powoli realizujemy.

Jest jednak jedno "ale". Trafiła nam się ziemia na terenie dość podmokłym, betoniarka, która miała nam wylać fundamenty zakopała się po drodze i ogólnie robota w kwestii budowy domu stoi, a ziemię trzeba ruszyć i na miejscu trzeba być. Dodatkowo, dopiero jesienią będziemy dysponować wystarczającymi funduszami do budowy domu, a do tego czasu trzeba działać. Stąd też nasza wielka, życiowa prowizorka. Do tej pory opowiedziałam Wam mniej więcej, jakie są nasze plany, teraz opowiem Wam, jak wygląda nasze obecne życie w oczekiwaniu na budowę domu.

Postanowiliśmy zgodnie, że żeby ziemię dobrze zagospodarować, trzeba koniecznie być na miejscu. Potrzebowaliśmy więc jakiegoś tymczasowego lokum. Dosłownie z nieba spadł nam bardzo fajny barak. Przerobiony ze starego kontenera, ma powierzchnię 6x2,5 m i tej samej wielkości zadaszony taras. Jest to solidna stalowa konstrukcja, z zewnątrz całkiem estetycznie obita  plastikowymi, białymi panelami, ocieplona cienkim styropianem. To cudeńko kosztowało nas tylko 2500 zł, jednak znów z powodu podmokłej ziemi i braku odpowiedniego sprzętu w okolicy czekaliśmy aż miesiąc na jego wstawienie. Jednakowoż, przeciwności bardzo hartują. Barak stoi na miejscu, od jakichś dwóch tygodni kształtujemy naszą przestrzeń życiową, aby była jak najbardziej praktyczna i zdatna do mieszkania. Pisząc te słowa grzeję sie pod kołdrą, a Samiec zasuwa montując taras :)

Warunki mieszkalne, póki co, pozbawione są luksusów, jednak wystarczające, chociaż podejrzewam, że mało kto jest w stanie zdecydować się na takie życie. Obecnie w baraku mamy tylko łóżko, stół, małą lodówkę i jednopalnikową kuchenkę turystyczną na gaz. Wodę pitną wozimy w butelkach, naczynia myję w oczku wodnym, kąpiemy się i pranie robimy u rodziców Samca. Jednak, powiem szczerze, dookoła jest tyle pracy, że nawet nie mamy czasu myśleć o tym, że czegokolwiek mogłoby nam brakować. Naszym pierwszym zakupem do nowego lokum był grill i to zupełnie wystarcza do zrobienia obiadu. Jesteśmy na wiecznym biwaku :)

        W ciągu tych dwóch tygodni udało nam się zrobić instalację elektryczną (dwa panele słoneczne za grosze – "leżaki magazynowe", przetwornica, dwa akumulatory), postawić namiot foliowy, gdzie szczęśliwie siedzi rozsada pomidorów, ziół, kwiatów i warzyw dyniowatych (jednak przeklinam pogodę, bo pomidory chyba całkiem mi wymazną), zagospodarować kawał ziemi pod zioła i kwiaty. Warzywa siałam już w marcu, krzaczki owocowe też posadziliśmy już wcześniej. Na razie są to tylko porzeczki, agrest, borówki amerykańskie, ale też dereń i pigwowiec. Obłażę też tereny dookoła w poszukiwaniu fajnych roślin. W ten sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką dąbrówki rozłogowej, kuklika zwisłego, bluszczyku kurdybanka, konwalii majowych i gajowca żółtego, a wokół oczka wodnego posadziłam żółte kosaćce, miętę nadwodną, czyśćca błotnego i moją ukochaną wiązówkę błotną. 

Wracając do warunków życiowych, pomału staramy się je ciągle poprawiać. Gdy taras będzie już stabilnie stał, a ja będę mogła beztrosko obdsadzać wszystko kwiatami i ziołami, Samiec użerać się będzie z kopaniem studni, skonstruowaniem instalacji wodnej i zrobieniem szamba. Koniecznie musimy też rozejrzeć się za podstawowymi sprzętami domowymi: kuchenką, meblami, większą lodówką, wyposażeniem do łazienki (tak, nawet w tak małym baraku zmieści się w pełni funkcojnalna łazienka). Oczywiście, całe wyposażenie postaramy się zdobyć używane.

Mam pełną świadomość, że takie życie wydawać się może szaleństwem. Ba, ja sama, jeszcze rok czy dwa lata temu, uznałabym to za szaleństwo. Jednak nasze wspólne życie toczy się w taki sposób, że całe to mieszkanie w baraku, w warunkach dość spartańskich, przyszło mi bardzo łatwo i było wręcz czymś oczywistym i naturalnym. W końcu jestem zupełnie na swoim, po raz pierwszy raz w życiu robię coś wyłącznie dla siebie i swojej przyszłości. Robię to co chcę, jak chcę i kiedy chcę. Kształtujemy nasze otoczenie zgodnie z naszymi potrzebami i nikt nie wtrąca się w to, co robimy. Proszę państwa, to jest wolność. Nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa, jak teraz. Nigdy nie miałam tyle zapału i chęci do działania, nigdy codzienność nie sprawiała mi aż takiej przyjemności i satysfakcji. Jedyną wadą sytuacji jest... pogoda. Kiedy piszę te słowa, za oknem w najlepsze pada śnieg. Jednak i to w końcu minie, a jutro będzie jeszcze piękniejsze jak dziś.

Dzielę się z Wami tym wszystkim z jednego powodu: chciałabym, żebyście uwierzyli, że MOŻNA. Że na przeszkodzie nie stoi zupełnie nic, poza własnymi obawami i ograniczeniami. Wystarczy wyjść poza swoje zwyczajowe ramy pojmowania świata i po prostu DZIAŁAĆ. Kiedy człowiek przemyśli sobie swoje dotychczasowe życie, zaczyna zauważać prawdę, dostrzega, co w życiu jest ważne, to wyrzeczenie się wygód, wcale nie jest żadnym wyrzeczeniem. Staje się oczywistością i przyjemnością. Kiedy widzi się, jak własnoręcznie uprawiania ziemia rodzi wspaniałe plony, kiedy rośliny zaczynają rosnąć jak na drożdżach, a ja sama mam świadomość, że zawdzięczam to pracy własnych rąk, duma i satysfakcja jest niesamowita. Kiedy uświadamiamy sobie, że robimy to wszystko na przekór, że żyjemy po swojemu, buntujemy się przeciwko propagandzie i promowanemu stylowi życia, czujemy, że możemy latać.

W miarę możliwości (i czasu) będę starała się pisać na bieżąco o tym, jak idzie nasz plan, co udało nam się zrobić i jakie koszta się z tym wiążą. Będę opisywać w jaki sposób my żyjemy „po swojemu”, w nadziei, że natchnę tym chociaż jedną osobę do uwierzenia we własne możliwości, przekonania się, że można coś zmienić i żyć inaczej, niż podpowiadają nam wszyscy dookoła. 

Na koniec kilka zdjęć:
Tu mieszkamy

Dyniowate

Dąbrówka rozłogowa

Zioła i kwiaty

Zmarznięte pomidory

Pierwsze kwiaty w moim ogródku. Ukochane orliki

Foliak tylko tymczasowo, bo wystrzegam się plastiku. W przyszłym roku będzie szklarnia.

Warzywa mają się świetnie. Podmokły teren wymusił podniesione zagony.
 

19 komentarzy:

  1. kiedys mialam podobne plany, ale zycie potoczylo sie inaczej,z musu wyjechalam za granice,to juz 11 lat,w wieku 40 lat zaczelam studia w mojej ukochanej dziedzinie mikrobiologi,jeszcze troche i je skoncze,znajde prace i jak sie syn usamodzielni (jeszcze pare lat)to drewniany dom z Polski przywioze i postawie w tej nieszczesnej Irlandii,bedzie dobrze gratuluje odwagi i nowego zycia,tez lubie uprawiac swoje roslinki,pozdrawiam Anka anonimowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i życzę powodzenia w realizacji planów.

      Usuń
  2. Idea bliska mi bardzo.
    Kiedyś wpadł mi w łapki bardzo ciekawy artykuł nt. śmieci i ścieków.
    Generalnie idea była taka, żeby nie robić śmieci, a ścieki sortować i zużywać ponownie.
    Niestety nie dane mi było znaleźć firmy produkującej toalety separacyjne, które spełniałby dość surowe kryteria mojej lubej, ale separację ścieków na szare i czarno-żółte się udało.
    Piszę, bo wspominasz o szambie. Z moich obserwacji wynika, że szambo 5m3 do ścieków czarno-żółtych wystarczy na 1 osobę na 6 miesięcy, a szare lecą pompką na ogródek, który je zaraz rozkłada i takie średnio przyjemne zapachy są przez kilka minut w ciągu dnia, kiedy pompka działa - można w nocy. Im mniej chemii w szarych, tym lepszy nawóz z tego :). I chyba jest to 2 klasa czystości i nie jest zabronione jej wylewanie sobie na ogórek.
    Polecam rozważyć dwie instalacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to to to. Dzięki za info, poczytam sobie dokładniej. Ale, właściwie, jak tu nie produkować śmieci? Da się tak, kompletnie bez śmieci?

      Usuń
    2. Jedna pani na zagranicznym blogu chwaliła się, że przez rok wyprodukowała słoik odpadów nie do utylizacji mając rodzinę z dwojgiem dzieci. Pewnie i się da. Choć przyznam, że trudno.
      Tu jest więcej na ten temat: tinyurl.com/zycdb7v

      Pozdrowienia

      Usuń
    3. To wyżej to stasiu, tylko mi te profile się mylą.

      Usuń
    4. Warto spróbować tak bez śmieci. Ja marzę głównie o tym, żeby pozbyć się z otoczenia plastiku (nie tylko w kwestii śmieci), ale to jest cholernie trudne, zwłaszcza, że WSZYSTKO pakowane jest w plastik. O ile łatwiej pozbyć się plastiku w domu (naczynia, doniczki, inne przedmioty), to już kupno jedzenia to koszmar. Wyjściem jest produkowanie jedzenia możliwie samemu. Póki nie jestem w stanie jednak śmieci wykluczyć zupełnie, przynajmniej je segreguję. No bo też, śmieć śmieciowi nierówny. Papier śmieciem nie jest, bo to opał. Szklane butelki i słoiki to też nie śmieci, bo można je wielokrotnie wykorzystać. Właściwie zawartość mojego śmietnika to wyłącznie plastik.

      Dzięki za link, biegnę poczytać.

      Usuń
  3. Witam
    Jak patrzę na te zdjęcia, to w wielu przypadkach jakbym siebie widział kilka lat wcześniej :)
    Trumny (grządki wzniesione) się sprawdzają. Jeżeli ścianki będą wyższe, to wiatr nie zwieje ściółki ale również nasion - szczególnie zioła dobrze w nich się same wysiewają. Na otwartej przestrzeni nie jest tak fajnie. Na wilgotnej ziemi dobrze się sprawdzają.
    Skoro planujecie kury i szklarnie (lub folię - taniej)- to przemyślcie żeby dostawić jedno do drugiego tak, żeby kury w zimie miały grzebalnik w szklarni. Natomiast jajka w zimie miałem w praktycznie nie zmienionej ilości. To o wiele lepsze niż zostawianie kur w kurniku na całe dnie. Bardzo się sprawdza, jednak nie można zastawiać całej ściany - inaczej nie otworzysz drzwi i w środku będzie w lecie strasznie gorąco. U mnie, pomimo iż mam folię - latem termometr się psuje od gorąca. ciekawe doświadczenie wejść do folii w południe zeszłego lata:) A spawać jeszcze fajniej :) Ale pomidorom,ogórkom i papryce to wcale nie przeszkadza. Bardzo pomaga rozsączanie kropelkowe (na wężu, koszt węża jest niski). Jeżeli nie chcecie pompy na stałe - to wystarczy zbiornik 1000 na wysokości min. 1 m (sprawdzone doświadczalnie) - daje radę, chociaż wolno - ja ostatecznie miałem na jakieś 1,5m - bo wyżej się nie dało. Jednak zbiornik zakwita od wilgoci, więc ostatecznie mam pompę do studni i z niej rozsączam.
    Powodzenie, bo się przyda :)
    Adam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zagonki podniesione pokochałam całym sercem, głównie za to, że przestrzeń jest ładnie uporządkowana na sektory. W domu rodzinnym jak wchodziłam do ogrodu i miałam coś robić, to ręce opadały, bo moja babcia namiętnie robiła dłuuugaaaśne zagony, tradycyjną rozstawę rządków i pomiędzy milion chwastów. Przytłaczająca robota. Tutaj jest super: roślinki gęsto rosną, jest porządek, chce się robić.
      Z tym kurnikiem to świetny patent. Jeszcze się z tym nie spotkałam, ale brzmi bardzo sensownie.
      Co do zbiornika na wysokości, to nasz najbliższy plan działania. Samiec ma zamiar zbudować 4-metrową wieżę ciśnień i postawić właśnie zbiornik na wodę. Pompowane będzie raczej ręcznie ze studni, bo z prądem chyba w obecnej sytuacji nie wyrobimy.

      Ogólnie, dzięki za komentarz :)

      Usuń
  4. Wow, niesamowite :)

    Nie zaofiaruję Ci żadnych praktycznych rad, tak jak moje przedmówczynie, natomiast poproszę Cię o informowanie czytelników na bieżąco o postępach budowy - bardzo to ciekawe i pouczające!

    Dużo wytrwałości!

    OdpowiedzUsuń
  5. Na początku czytałam na poważnie ale potem strasznie mnie rozśmieszyłaś swoim zapatrzeniem w ten pomysł. To znaczy, bardzo mi się ten pomysł podoba, ale sama nigdy bym tak nie mogła. Poza tym uważam, że na wiele rzeczy przymykasz po prostu oko, mimo, że nie są najlepszymi czy chociaż dobrymi rozwiązaniami. Najlepszy jest fragment: "Warunki mieszkalne, póki co, pozbawione są luksusów" a czemu tam póki, skoro będziesz latać z wiadrem ze studni i łupać drewno do komina? haha :) I mówisz, że chcesz udowodnić, że można - ja uważam, że wszyscy to wiemy, ale nikt nie chce po prostu ;) Zapytaj swoją babcię jeśli masz taką możliwość czy faktycznie tak dobrze wspomina harówkę i noszenie tego wiadra, bo moja zawsze złorzeczyła studni ;)Nie widzę np powodów, aby rezygnować z wody bieżącej, jest to niesamowita wygoda, i jak pomyślę, ile biednych osób nie posiada takiego udogodnienia, czuję się bardzo szczęśliwa, że ja mogę z tego korzystać. Tak czy siak, fajnie że działacie i że robicie to całkiem po swojemu. Powodzonka!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A gdzie napisałam, że będę latać z wiadrem ze studni i nie będę mieć bieżącej wody?
      Studnia to takie coś, co można zaopatrzyć w pompę i hydrofor, polecam, wielu ludzi korzysta, zamiast płacić rachunki za wodę z wodociągów.

      Prababcia do śmierci nosiła w wiadrze ze studni, mimo, że w domu od lat była bieżąca. Grzała ją na piecu, mimo, że w kranie była ciepła. Co kto lubi :)

      Od nikogo nie wymagam ani poparcia, ani naśladowania. Ot, przedstawiam mój pomysł na życie :)

      Usuń
  6. Artykuł super, macie fajny pomysł na życie i widać, że go realizujecie. I widać też, że daje to Wam ogrom szczęścia.

    Trochę zdenerwowało mnie tylko to, że z góry zakładacie, że wygodne życie z luksusami jest efektem propagandy. I że każdy tak chce, tylko nie ma odwagi. Trochę zaśmierdziało poczuciem wyższości, ale może jestem po prostu przewrażliwiona.

    Sama rozumiem chęć takiego życia, ale zupełnie mnie nie ciągnie do tego. Uwielbiam żyć w mieście, w małym mieszkanku i mieć dostęp do wszystkiego, co miasto oferuje. I czy to efekt propagandy? Nie sądzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Pomyliłam konta, odpowiadam na kocie mojego faceta.

      Usuń
    2. Ja twierdzę wyłącznie, że oddaliliśmy się od natury, zamknęliśmy w betonie i telewizorze, a to nie uszczęśliwia (długi temat, wystarczy popatrzeć na zgniły zachód).

      Blisko natury można być nawet i mieszkając w bloku, nie przeczę. Moja babcia wychowana na wsi, uciekła do miasta, bo już w wieku 20 lat, bała się, co będzie na starość i jak sobie drewno do pieca porąbie. Co nie zmienia faktu, że każdy wolny weekend spędza do tej pory na wsi, w ogródku - da się być blisko natury i będąc mieszczuchem.

      Nie ma tu poczucia wyższości. To jest mój system wartości: wschodząca rzodkiewka sprawia mi większą radość, niż nowa sukienka ze sklepu - taki typ. Aczkolwiek warto się zastanowić, po co właściwie nowa sukienka i dlaczego zwykle sprawia tyle radości. Bo mnie się widzi, że właśnie poprzez skupianie się na takich przyziemnych rzeczach, ucieka nam życie, ucieka nam kontakt z rzeczywistością, tą PRAWDZIWĄ, a nie wykreowaną.

      Jest jedna rzecz, której chce każdy człowiek: szczęście. A do szczęścia potrzebna jest prawda. Ja prawdy szukam w naturze, nie w sklepie, nie w telewizorze, nie w gazetach - tam jej nie ma.

      Myślę też, że jest to efekt propagandy, tak samo jak to, że posiadam smartfona i wciąż łaknę rzeczy, które okazują się nieprzydatne. Ba, daję się złapać w bzdury pisane w książkach, pokazywane w filmach. Wszyscy jesteśmy na to narażeni, a psychomanipulacja sięga głębiej, niż się wydaje. Warto mieć tego świadomość.

      Usuń
  7. Podziwiam i trzymam kciuki!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. "Samiec" <3
    Podziwiam i kibicuję. Moi rodzice się tak budowali, podmokły teraz podnosili po kawałku (np. fundamenty), ciocia wprowadziła się do mieszkania i ani nie mieli sufitu na górze (widać było dach zamiast strychu), ani podłogi na dole (spali rozbici w namiocie na piasku).
    Mogła bym tak mieszkać, sama do wszystkiego dochodzić, jednak pozabijała bym się z moim facetem... niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A o co tu się zabijać? :)
      Przeciwności hartują, ponoć najlepszy test związku to wspólny remont :D

      Wspólnymi siłami pracujemy na sukces, każda sprzeczka, niezgodność, siłą rzeczy powodowałaby, że ta praca stałaby w miejscu. Jesteśmy zespołem, oboje to rozumiemy, więc zamiast się kłócić, staramy się robić tak, aby tej drugiej osobie było lepiej, łatwiej :)

      Usuń
  9. Gratuluję normalności !
    Dziś ludzie zostali zdegenerowani mentalnie i moralnie .

    OdpowiedzUsuń