Ostatnio
wspominałam Wam, że zaczynam projekt o roboczej nazwie "Projekt
Życie" (opcjonalnie "Życiowa Partyzantka", "Wielka
Prowizorka"). Projekt, wraz z samcem, zaczęliśmy pełną parą wprowadzać w
życie po wielkich bólach, oczekiwaniach i walce z przeszkodami. Wypadałoby
przybliżyć na czym ten nasz projekt polega, bo podejrzewam, że będzie o nim
dużo.
Mnie i
Samca połączyło wiele rzeczy: miłość do natury, fascynacja dziczą, próby
wykorzystania na własny użytek dzikich roślin, ale też poczucie, że z tego chorego
świata trzeba spieprzać czym prędzej. Jednak dopiero razem udało nam się
wypracować jakiś plan działania, jakieś pomysły na życie, potrzeby i marzenia.
Z tego wspólnego myślenia w końcu urodziło się działanie. Działanie to jest
bardzo proste: maksymalne uniezależnienie się od WSZYSTKIEGO (sklepy, apteki,
lekarze, ubezpieczenia, podatki, legalna praca) i zmtinimalizowanie kosztów
życia. Oznacza to ciężką orkę i fizyczną i psychiczną, ale nasza wizja powoli
nabiera kształtu i testujemy, czy się tak da.
Ale od
początku: jak zminimalizować koszty życia? Najpierw należy zastanowić się, na
co przeznacza się najwięcej funduszy. U przeciętnego człowieka w strefę
wydatków wchodzą opłaty wszelakie (prąd, gaz, woda, opał, internet, telefon,
itp.), składki ZUS i inne badziewie, jedzenie, kosmetyki, leki, ubrania, chemia
gospodarcza, ale też przyjemnostki:
dekoracje do domu, gadżety, reklamowane "cuda" i miliony
"niezbędnych" pierdół, w tym nałogi.
Omijanie podatków i opłat
wszelakich to kwestie bardziej skomplikowane, dlatego też zacznę od rzeczy
prostszych.
1.
Ubrania – sprawa jest banalna. Second handy i
internety. Ostatni raz w normalnym skepie z ubraniami byłam... hm, nie pamiętam
kiedy. Od jakichś dwóch lat stanowczą większość ubrań kupuję w
"lumpach" i jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza, że w sieciówkach
ceny wciąż rosną, a jakość materiałów wciąż spada. Nową kupuję tylko bieliznę i
buty, przy czym na buty nie szczędzę grosza. Dzięki temu ostatnie buty, nie
licząc sezonowych tenisówek czy trampek, kupiłam również ze dwa lata temu.
Warto się rozglądać: większość moich podkoszulek pochodzi z Lidla, tak samo jak
jeansy mojego Samca. Koszulki dla niego kupujemy na Allegro. Firma Fruit of tle Loom robi genialnej jakości bawełniane t-shirty (7 zł za sztukę, duża gramatura),
ale też dresy i bluzy. Dlatego też wejście do sieciówki i kupno koszulki z
poliestru, nawet i z bawełny, za 40 zł to dla mnie kosmos.
2.
Kosmetyki – tu mnie już troszkę znacie. Co tylko
się da, staram się robić sama. Jestem w stanie wytworzyć mydła, dezodoranty,
balsamy, kremy, maseczki, pastę do zębów, szampony, peelingi, toniki, perfumy.
Z kosmetykami do makijażu też dałabym radę, ale to zbędny zbytek, bo maluję się
tylko od święta i do tego celu zużywam to, co jeszcze mam z "poprzedniego
życia". Jednak przyznaję bez bicia: wciąż używam kupnych szamponów do
włosów i pasty do zębów bez fluoru. Domowa pasta na bazie mydła jest dla mnie
zwyczajnie ohydna, a "eko" mycie włosów zbyt czasochłonne, bo
operacje z jajkiem czy piętnastominutowe szorowanie czupryny szamponem z
orzechów piorących mnie męczy, zwłaszcza, że muszę robić to co drugi dzień.
Jednak staram się z tych sposobów korzystać, kiedy tylko mam więcej czasu
(obecnie jestem z czasem na minusie, pierwszy raz w życiu). Lenistwo jednak ma
swoje pozytywy: nie chce mi się robić regularnie kremów do twarzy, dlatego
używam tylko oleju migdałowego – tanio i prosto. W ogóle, w codziennej
pielęgnacji, oprócz rzeczonego szamponu, pasty i oleju migdałowego, używam
tylko mydła, balsamu do ciała i smarowidła do rąk i ust (w tej kwestii
najlepiej sprawdza się u mnie wazelina i... smalec). Jak wyglądają koszta? Na
takie domowe kosmetyki (i chemię gospodarczą), wydaję jakieś 200-300 zł raz na
pół roku. Kiedyś potrafiłam na kosmetyki wydawać po 200 zł MIESIĘCZNIE. W moje
obecne koszta wliczają się też olejki eteryczne, które, jakby nie patrzeć, są
bardziej przyjemnością niż potrzebą.
3.
Chemia gospodarcza – ocet jest moim najlepszym
przyjacielem. Octem da się umyć wszystko: naczynia, blaty kuchenne, armaturę
łazienkową, piekarnik, okna, lustra, podłogę. Jeśli ocet nie daje rady, jest
też soda, mydło i boraks. Z tych składników da się zrobić i proszek do prania i
"tabletki" do zmywarki. Znów przyznaję bez bicia, że używam kupnego
płynu do naczyń, znów wynika to z lenistwa. Domowe specyfiki się nie pienią i
wymagają większej ilości czasu. Moja domowa partyzantka teraz mi na to nie
pozwala. Jednak i w kwestii szaponu i w kwestii płynu do naczyń, planuję
przejść w końcu, w sprzyjających okolicznościach na wersję samoróbną.
4.
Leki – to już jest troszkę wyższa szkoła jazdy.
Ja polegam na ziołach, ale faktem jest, że jestem po prostu zdrowym
człowiekiem. Nie walczę z żadnymi przewlekłymi chorobami, mało co mi szkodzi,
jedyne, co mnie łapie to okazjonalne przeziębienia (ciekawa rzecz: dr Różański
pisze, że przeziębienia nieleczone i leczone farmakologicznie trwają 10-14 dni.
Ziołami da się je skrócić do pięciu. Przetestowałam. Działa.). Mam swoje
ulubione ziółka i specyfiki, takie jak glistnik jaskółcze ziele czy piołun, ale
to jednak wymaga wiedzy i pewności. To, co jednemu pomoże, innemu może
zaszkodzić. Dlatego też raczej wystrzegam się pomagania innym ludziom w kwestii
zdrowia, chyba, że jestem pewna działania danej roślinki (a raczej jej
nieszkodliwości). Jedynym wydatkiem w kwestii specyfików ziołowych może byś
spirytus, ale niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nie bawił się w domową,
garnkową destylację :)
5.
Jedzenie – tu sprawa jest prosta: kawałek ziemi.
Dopiero w tym roku dorobiliśmy się własnego kawałeczka, na którym zasuwam teraz
bez wytchnienia po to, żeby nie musieć kupować. Po pierwsze, jest to oszczędne,
po drugie, własne warzywa po wielokroć jakością przewyższają te kupne, tu nie
ma o czym dyskutować. Wkładam mnóstwo wysiłku w planowanie i różnorodność, żeby
możliwie jak najbardziej ograniczyć kupowanie w sklepach. W kwestii mięsa
planujemy mieć własne kury i króliki, łowić ryby i dogadać się z jakimś w miarę
eko rolnikiem, żeby mieć dostęp do taniej i dobrej wołowiny i wieprzowiny. Nie
zapominajmy też, że lasy pełne są zdrowo wybieganych sarenek i dziczków :)
6.
Wystrój otoczenia i ogólne wyposażenie domu – co
się da, chcę robić ręcznie. Wyplatanie z wikliny (na razie tylko papierowej)
czy haftowanie, nie jest mi obce. Dużo czasu poświęcam na szperanie w
internecie, na zbieranie pomysłów: co można zrobić tanio, samemu i z rzeczy
dostępnych pod ręką. Meble do domu też da się zrobić samemu. A jeśli nie, są
inne sposoby: giełdy staroci, komisy, ogłoszenia w internecie. A ja bardzo
lubię rzeczy używane, bo one mają duszę. Tu ważny jest też jeszcze jeden
aspekt: jakość materiału. Ja się wystrzegam plastiku, bo to syf i szybko się
niszczy. Konewkę mam metalową, doniczek będę szukać ceramicznych, marzy mi się
lepienie samemu z gliny. To są pierdoły, ale warto czasem pomyśleć i poszukać,
żeby zdobyć rzecz, która wytrzyma dłużej. Zwykle wiąże się to z wyższą ceną,
ale "biednych ludzi nie stać na tanie rzeczy". Jeśli w pewnych
aspektach życia się oszczędza, to spokojnie można pozwolić sobie na to, aby
rzeczy potrzebne były dobre, zdrowe i wytrzymałe.
No dobra,
to były rzeczy poboczne. To znaczy, jeśli zbierze się je do kupy, robią się
całkiem dużą i znaczącą sprawą. Teraz jednak przejdę do spraw bardziej
istotnych, pokażę wam, w jaki sposób my pozbyliśmy się problemu większości
młodych ludzi, czyli życia na kredyt.
Sporo
ludzi, niezależnie od wieku, pragnie posiadać własny dom z ogrodem. Większość w
tym celu bierze kredyt właśnie. Za kredyt kupuje sobie ziemię, buduje sobie
swoje gniazdko, rzadko będąc świadomym, że póki kredyt jest, to nie jest się
właścicielem swojej własności (jakkolwiek to brzmi). Na świecie już nie raz
pieniądz upadał i dewaluował się, dlatego dziwi mnie, że ludzie lekką ręką
zapożyczają się za 30 lat, myśląc naiwnie że przez ten czas zupełnie nic się
nie zmieni, że będą sobie przez te 30 lat pracować w swojej bezpiecznej pracy,
dokładnie za takie pieniądze jak teraz, które też będą mieć taką samą jak teraz
wartość. Jest to dość zgubne podejście, dlatego warto się trochę
przewartościować.
Po
pierwsze, kompletnie nie rozumiem budowy domu o powierzchni 200 metrów
kwadratowych, gdzie każdy siedzi w swoim pokoju i członkowie rodziny w ogóle
się nie widują. Taki kolos nie dość, że w trakcie budowy i wykończenia pożera
grubą kasę, to jeszcze utrzymanie go kosztuje krocie. A przecież ludzie w
miastach żyją w niewielkich mieszkaniach, gdzie właściwie niczego im nie
brakuje. Można żyć na mniejszej powierzchni? Można. To dość istotna jest
ogólnie zmiana podejścia. Mnie już jakiś czas w głowie uroiło się, że dom
powinien stanowić miejsce do spania i schronienie przed złymi warunkami
atmosferycznymi. Tylko. Większość życia jednak powinno się spędzać na świeżym
powietrzu. Tej wiosny w końcu udało mi się wprowadzić to w życie (albo
bardziej: warunki mnie przymusiły) i jestem z tego powodu niezmiernie uradowana
(5 kg mniej w tydzień bez większego wysiłku – każda kobieta to pokocha).
Po drugie,
fajnie byłoby uniknąć marnowania czasu i kosztów na rzeczy takie, jak
pozwolenia na budowę, zgłaszanie wszystkiego w każdej możliwej instytucji,
pokorne proszenie urzędników o łaskawe pozwolenie na zrobienie ze SWOJĄ ziemią
tego, co się chce. I tu pojawia się bardzo fajna opcja: całoroczne domki bez
zezwolenia. Mają one swoje ograniczenia – wysokość nie może przekraczać 5 m i
może on zajmować powierzchnię 35 metrów kwadratowych. Jednak jeśli
już człowiek przestawi się na bardziej "podwórkowy" tryb życia, taka
powierzchnia spokojnie wystarcza. Piętrowy domek o łącznej powierzchni 50-70 m
kw to już całkiem sporo powierzchni mieszkalnej. Jasne, przydałaby się jeszcze
jakaś piwniczka, może ziemianka, ale to wszystko jest do zaplanowania. Zalety?
Przede wszystkim, taki domek można postawić praktycznie WSZĘDZIE. Nie trzeba
być posiadaczem zdecydowanie przewartościowanej działki budowlanej. Można
rozejrzeć się za o wiele tańszą działką rekreacyjną, często w bardzo
malowniczych miejscach, albo... stać się szczęśliwym posiadaczem ogródka
działkowego (lub dwóch) w ROD. Mieszkanie na działkach to proceder dość
pospolity i przy tym bardzo tani: roczna opłata to jakieś 0,40 zł od metra
kwadratowego. Wszystkich zlęknionych uspokajam: regulamin RODu mówi, że za
mieszkanie na działkach uważa się wykonywanie podstawowych czynności życiowych.
Jest to termin tak luźny i niezobowiązujący, że właściwie nie da się tego w
żaden sposób udowodnić. Często nawet ci "uczciwsi" działkowicze
zamieszkują swoje działki w okresie letnim. Spokojnie można to jednak robić
przez cały rok.
Kolejna zaleta:
mały domek = mało materiałów = niskie koszta budowy. Ja, jako dzikus,
oczywiście mam na myśli domek drewniany. Przy budowie takiego cudeńka opcji
mamy kilka. Możemy kupić gotowca, opłacić ekipę i w kilka dni postawią nam
gotową, zdatną do mieszkania chatkę, możemy kupić gotowca i złożyć go samemu, o
ile dysponujemy czasem, robotnym szwagrem i jakimiś umiejętnościami. Możemy też
posiadać brata, który zrobi sensowny projekt, zamówić materiał na wymiar i
grzebać się samemu – opcja najbardziej czasochłonna, ale też najtańsza. Jeszcze
inna sprawa jest taka, że malutki domek bardzo łatwo jest ogrzać (a to jest
ogromna oszczędność – do tej pory mieszkałam w o wiele zbyt dużym domu w dwie
rodziny. Koszt opału na zimę jest kolosalny. Nie polecam.), bardzo łatwo jest
go też utrzymać w czystości i ogólnej sprawności. Przy sprytnym
zagospodarowaniu przestrzeni, zmieści się w nim wszystko, co potrzebne, chociaż
tutaj warto nastawić się na minimalizm w posiadaniu rzeczy.
Jeśli mamy być niezależni, to
oczywistym jest, że prąd będziemy mieć z paneli słonecznych i opcjonalnie
wiatraka, wodę z własnej studni a do ogrzewania kominek.
I, ogólnie
rzecz biorąc, taki jest nasz plan. Mamy kawałeczek ziemi o powierzchni 650
metrów kwadratowych, która koszttuje nas 300 zł rocznie i będziemy budować na
niej drewniany domek bez zezwolenia. Ziemia, oczywiście, zagospodarowana będzie
pod warzywa, owoce i zioła, co już powoli realizujemy.
Jest jednak
jedno "ale". Trafiła nam się ziemia na terenie dość podmokłym,
betoniarka, która miała nam wylać fundamenty zakopała się po drodze i ogólnie
robota w kwestii budowy domu stoi, a ziemię trzeba ruszyć i na miejscu trzeba
być. Dodatkowo, dopiero jesienią będziemy dysponować wystarczającymi funduszami
do budowy domu, a do tego czasu trzeba działać. Stąd też nasza wielka, życiowa
prowizorka. Do tej pory opowiedziałam Wam mniej więcej, jakie są nasze plany,
teraz opowiem Wam, jak wygląda nasze obecne życie w oczekiwaniu na budowę domu.
Postanowiliśmy
zgodnie, że żeby ziemię dobrze zagospodarować, trzeba koniecznie być na
miejscu. Potrzebowaliśmy więc jakiegoś tymczasowego lokum. Dosłownie z nieba
spadł nam bardzo fajny barak. Przerobiony ze starego kontenera, ma powierzchnię
6x2,5 m i tej samej wielkości zadaszony taras. Jest to solidna stalowa
konstrukcja, z zewnątrz całkiem estetycznie obita plastikowymi, białymi panelami, ocieplona
cienkim styropianem. To cudeńko kosztowało nas tylko 2500 zł, jednak znów z
powodu podmokłej ziemi i braku odpowiedniego sprzętu w okolicy czekaliśmy aż
miesiąc na jego wstawienie. Jednakowoż, przeciwności bardzo hartują. Barak stoi
na miejscu, od jakichś dwóch tygodni kształtujemy naszą przestrzeń życiową, aby
była jak najbardziej praktyczna i zdatna do mieszkania. Pisząc te słowa grzeję
sie pod kołdrą, a Samiec zasuwa montując taras :)
Warunki
mieszkalne, póki co, pozbawione są luksusów, jednak wystarczające, chociaż
podejrzewam, że mało kto jest w stanie zdecydować się na takie życie. Obecnie w
baraku mamy tylko łóżko, stół, małą lodówkę i jednopalnikową kuchenkę
turystyczną na gaz. Wodę pitną wozimy w butelkach, naczynia myję w oczku
wodnym, kąpiemy się i pranie robimy u rodziców Samca. Jednak, powiem szczerze,
dookoła jest tyle pracy, że nawet nie mamy czasu myśleć o tym, że czegokolwiek
mogłoby nam brakować. Naszym pierwszym zakupem do nowego lokum był grill i to
zupełnie wystarcza do zrobienia obiadu. Jesteśmy na wiecznym biwaku :)
W ciągu tych dwóch tygodni
udało nam się zrobić instalację elektryczną (dwa panele słoneczne za grosze –
"leżaki magazynowe", przetwornica, dwa akumulatory), postawić namiot
foliowy, gdzie szczęśliwie siedzi rozsada pomidorów, ziół, kwiatów i warzyw
dyniowatych (jednak przeklinam pogodę, bo pomidory chyba całkiem mi wymazną),
zagospodarować kawał ziemi pod zioła i kwiaty. Warzywa siałam już w marcu,
krzaczki owocowe też posadziliśmy już wcześniej. Na razie są to tylko
porzeczki, agrest, borówki amerykańskie, ale też dereń i pigwowiec. Obłażę też
tereny dookoła w poszukiwaniu fajnych roślin. W ten sposób stałam się
szczęśliwą posiadaczką dąbrówki rozłogowej, kuklika zwisłego, bluszczyku
kurdybanka, konwalii majowych i gajowca żółtego, a wokół oczka wodnego
posadziłam żółte kosaćce, miętę nadwodną, czyśćca błotnego i moją ukochaną
wiązówkę błotną.
Wracając do
warunków życiowych, pomału staramy się je ciągle poprawiać. Gdy taras będzie
już stabilnie stał, a ja będę mogła beztrosko obdsadzać wszystko kwiatami i
ziołami, Samiec użerać się będzie z kopaniem studni, skonstruowaniem instalacji
wodnej i zrobieniem szamba. Koniecznie musimy też rozejrzeć się za podstawowymi
sprzętami domowymi: kuchenką, meblami, większą lodówką, wyposażeniem do
łazienki (tak, nawet w tak małym baraku zmieści się w pełni funkcojnalna
łazienka). Oczywiście, całe wyposażenie postaramy się zdobyć używane.
Mam pełną
świadomość, że takie życie wydawać się może szaleństwem. Ba, ja sama, jeszcze
rok czy dwa lata temu, uznałabym to za szaleństwo. Jednak nasze wspólne życie
toczy się w taki sposób, że całe to mieszkanie w baraku, w warunkach dość
spartańskich, przyszło mi bardzo łatwo i było wręcz czymś oczywistym i
naturalnym. W końcu jestem zupełnie na swoim, po raz pierwszy raz w życiu robię
coś wyłącznie dla siebie i swojej przyszłości. Robię to co chcę, jak chcę i
kiedy chcę. Kształtujemy nasze otoczenie zgodnie z naszymi potrzebami i nikt
nie wtrąca się w to, co robimy. Proszę państwa, to jest wolność. Nigdy w życiu
nie byłam tak szczęśliwa, jak teraz. Nigdy nie miałam tyle zapału i chęci do
działania, nigdy codzienność nie sprawiała mi aż takiej przyjemności i satysfakcji.
Jedyną wadą sytuacji jest... pogoda. Kiedy piszę te słowa, za oknem w najlepsze
pada śnieg. Jednak i to w końcu minie, a jutro będzie jeszcze piękniejsze jak
dziś.
Dzielę się
z Wami tym wszystkim z jednego powodu: chciałabym, żebyście uwierzyli, że
MOŻNA. Że na przeszkodzie nie stoi zupełnie nic, poza własnymi obawami i
ograniczeniami. Wystarczy wyjść poza swoje zwyczajowe ramy pojmowania świata i
po prostu DZIAŁAĆ. Kiedy człowiek przemyśli sobie swoje dotychczasowe życie,
zaczyna zauważać prawdę, dostrzega, co w życiu jest ważne, to wyrzeczenie się
wygód, wcale nie jest żadnym wyrzeczeniem. Staje się oczywistością i
przyjemnością. Kiedy widzi się, jak własnoręcznie uprawiania ziemia rodzi
wspaniałe plony, kiedy rośliny zaczynają rosnąć jak na drożdżach, a ja sama mam
świadomość, że zawdzięczam to pracy własnych rąk, duma i satysfakcja jest
niesamowita. Kiedy uświadamiamy sobie, że robimy to wszystko na przekór, że
żyjemy po swojemu, buntujemy się przeciwko propagandzie i promowanemu stylowi
życia, czujemy, że możemy latać.
W miarę możliwości (i czasu) będę starała się pisać
na bieżąco o tym, jak idzie nasz plan, co udało nam się zrobić i jakie koszta się z tym wiążą. Będę opisywać w
jaki sposób my żyjemy „po swojemu”, w nadziei, że natchnę tym chociaż jedną
osobę do uwierzenia we własne możliwości, przekonania się, że można coś zmienić
i żyć inaczej, niż podpowiadają nam wszyscy dookoła.
Na koniec kilka zdjęć:
![]() |
Tu mieszkamy |
![]() |
Dyniowate |
![]() |
Dąbrówka rozłogowa |
![]() |
Zioła i kwiaty |
![]() |
Zmarznięte pomidory |
![]() |
Pierwsze kwiaty w moim ogródku. Ukochane orliki |
![]() |
Foliak tylko tymczasowo, bo wystrzegam się plastiku. W przyszłym roku będzie szklarnia. |
![]() |
Warzywa mają się świetnie. Podmokły teren wymusił podniesione zagony. |
kiedys mialam podobne plany, ale zycie potoczylo sie inaczej,z musu wyjechalam za granice,to juz 11 lat,w wieku 40 lat zaczelam studia w mojej ukochanej dziedzinie mikrobiologi,jeszcze troche i je skoncze,znajde prace i jak sie syn usamodzielni (jeszcze pare lat)to drewniany dom z Polski przywioze i postawie w tej nieszczesnej Irlandii,bedzie dobrze gratuluje odwagi i nowego zycia,tez lubie uprawiac swoje roslinki,pozdrawiam Anka anonimowa
OdpowiedzUsuńDziękuję i życzę powodzenia w realizacji planów.
UsuńIdea bliska mi bardzo.
OdpowiedzUsuńKiedyś wpadł mi w łapki bardzo ciekawy artykuł nt. śmieci i ścieków.
Generalnie idea była taka, żeby nie robić śmieci, a ścieki sortować i zużywać ponownie.
Niestety nie dane mi było znaleźć firmy produkującej toalety separacyjne, które spełniałby dość surowe kryteria mojej lubej, ale separację ścieków na szare i czarno-żółte się udało.
Piszę, bo wspominasz o szambie. Z moich obserwacji wynika, że szambo 5m3 do ścieków czarno-żółtych wystarczy na 1 osobę na 6 miesięcy, a szare lecą pompką na ogródek, który je zaraz rozkłada i takie średnio przyjemne zapachy są przez kilka minut w ciągu dnia, kiedy pompka działa - można w nocy. Im mniej chemii w szarych, tym lepszy nawóz z tego :). I chyba jest to 2 klasa czystości i nie jest zabronione jej wylewanie sobie na ogórek.
Polecam rozważyć dwie instalacje.
O, to to to. Dzięki za info, poczytam sobie dokładniej. Ale, właściwie, jak tu nie produkować śmieci? Da się tak, kompletnie bez śmieci?
UsuńJedna pani na zagranicznym blogu chwaliła się, że przez rok wyprodukowała słoik odpadów nie do utylizacji mając rodzinę z dwojgiem dzieci. Pewnie i się da. Choć przyznam, że trudno.
UsuńTu jest więcej na ten temat: tinyurl.com/zycdb7v
Pozdrowienia
To wyżej to stasiu, tylko mi te profile się mylą.
UsuńWarto spróbować tak bez śmieci. Ja marzę głównie o tym, żeby pozbyć się z otoczenia plastiku (nie tylko w kwestii śmieci), ale to jest cholernie trudne, zwłaszcza, że WSZYSTKO pakowane jest w plastik. O ile łatwiej pozbyć się plastiku w domu (naczynia, doniczki, inne przedmioty), to już kupno jedzenia to koszmar. Wyjściem jest produkowanie jedzenia możliwie samemu. Póki nie jestem w stanie jednak śmieci wykluczyć zupełnie, przynajmniej je segreguję. No bo też, śmieć śmieciowi nierówny. Papier śmieciem nie jest, bo to opał. Szklane butelki i słoiki to też nie śmieci, bo można je wielokrotnie wykorzystać. Właściwie zawartość mojego śmietnika to wyłącznie plastik.
UsuńDzięki za link, biegnę poczytać.
Witam
OdpowiedzUsuńJak patrzę na te zdjęcia, to w wielu przypadkach jakbym siebie widział kilka lat wcześniej :)
Trumny (grządki wzniesione) się sprawdzają. Jeżeli ścianki będą wyższe, to wiatr nie zwieje ściółki ale również nasion - szczególnie zioła dobrze w nich się same wysiewają. Na otwartej przestrzeni nie jest tak fajnie. Na wilgotnej ziemi dobrze się sprawdzają.
Skoro planujecie kury i szklarnie (lub folię - taniej)- to przemyślcie żeby dostawić jedno do drugiego tak, żeby kury w zimie miały grzebalnik w szklarni. Natomiast jajka w zimie miałem w praktycznie nie zmienionej ilości. To o wiele lepsze niż zostawianie kur w kurniku na całe dnie. Bardzo się sprawdza, jednak nie można zastawiać całej ściany - inaczej nie otworzysz drzwi i w środku będzie w lecie strasznie gorąco. U mnie, pomimo iż mam folię - latem termometr się psuje od gorąca. ciekawe doświadczenie wejść do folii w południe zeszłego lata:) A spawać jeszcze fajniej :) Ale pomidorom,ogórkom i papryce to wcale nie przeszkadza. Bardzo pomaga rozsączanie kropelkowe (na wężu, koszt węża jest niski). Jeżeli nie chcecie pompy na stałe - to wystarczy zbiornik 1000 na wysokości min. 1 m (sprawdzone doświadczalnie) - daje radę, chociaż wolno - ja ostatecznie miałem na jakieś 1,5m - bo wyżej się nie dało. Jednak zbiornik zakwita od wilgoci, więc ostatecznie mam pompę do studni i z niej rozsączam.
Powodzenie, bo się przyda :)
Adam
Zagonki podniesione pokochałam całym sercem, głównie za to, że przestrzeń jest ładnie uporządkowana na sektory. W domu rodzinnym jak wchodziłam do ogrodu i miałam coś robić, to ręce opadały, bo moja babcia namiętnie robiła dłuuugaaaśne zagony, tradycyjną rozstawę rządków i pomiędzy milion chwastów. Przytłaczająca robota. Tutaj jest super: roślinki gęsto rosną, jest porządek, chce się robić.
UsuńZ tym kurnikiem to świetny patent. Jeszcze się z tym nie spotkałam, ale brzmi bardzo sensownie.
Co do zbiornika na wysokości, to nasz najbliższy plan działania. Samiec ma zamiar zbudować 4-metrową wieżę ciśnień i postawić właśnie zbiornik na wodę. Pompowane będzie raczej ręcznie ze studni, bo z prądem chyba w obecnej sytuacji nie wyrobimy.
Ogólnie, dzięki za komentarz :)
Wow, niesamowite :)
OdpowiedzUsuńNie zaofiaruję Ci żadnych praktycznych rad, tak jak moje przedmówczynie, natomiast poproszę Cię o informowanie czytelników na bieżąco o postępach budowy - bardzo to ciekawe i pouczające!
Dużo wytrwałości!
Na początku czytałam na poważnie ale potem strasznie mnie rozśmieszyłaś swoim zapatrzeniem w ten pomysł. To znaczy, bardzo mi się ten pomysł podoba, ale sama nigdy bym tak nie mogła. Poza tym uważam, że na wiele rzeczy przymykasz po prostu oko, mimo, że nie są najlepszymi czy chociaż dobrymi rozwiązaniami. Najlepszy jest fragment: "Warunki mieszkalne, póki co, pozbawione są luksusów" a czemu tam póki, skoro będziesz latać z wiadrem ze studni i łupać drewno do komina? haha :) I mówisz, że chcesz udowodnić, że można - ja uważam, że wszyscy to wiemy, ale nikt nie chce po prostu ;) Zapytaj swoją babcię jeśli masz taką możliwość czy faktycznie tak dobrze wspomina harówkę i noszenie tego wiadra, bo moja zawsze złorzeczyła studni ;)Nie widzę np powodów, aby rezygnować z wody bieżącej, jest to niesamowita wygoda, i jak pomyślę, ile biednych osób nie posiada takiego udogodnienia, czuję się bardzo szczęśliwa, że ja mogę z tego korzystać. Tak czy siak, fajnie że działacie i że robicie to całkiem po swojemu. Powodzonka!! :)
OdpowiedzUsuńA gdzie napisałam, że będę latać z wiadrem ze studni i nie będę mieć bieżącej wody?
UsuńStudnia to takie coś, co można zaopatrzyć w pompę i hydrofor, polecam, wielu ludzi korzysta, zamiast płacić rachunki za wodę z wodociągów.
Prababcia do śmierci nosiła w wiadrze ze studni, mimo, że w domu od lat była bieżąca. Grzała ją na piecu, mimo, że w kranie była ciepła. Co kto lubi :)
Od nikogo nie wymagam ani poparcia, ani naśladowania. Ot, przedstawiam mój pomysł na życie :)
Artykuł super, macie fajny pomysł na życie i widać, że go realizujecie. I widać też, że daje to Wam ogrom szczęścia.
OdpowiedzUsuńTrochę zdenerwowało mnie tylko to, że z góry zakładacie, że wygodne życie z luksusami jest efektem propagandy. I że każdy tak chce, tylko nie ma odwagi. Trochę zaśmierdziało poczuciem wyższości, ale może jestem po prostu przewrażliwiona.
Sama rozumiem chęć takiego życia, ale zupełnie mnie nie ciągnie do tego. Uwielbiam żyć w mieście, w małym mieszkanku i mieć dostęp do wszystkiego, co miasto oferuje. I czy to efekt propagandy? Nie sądzę.
P.S. Pomyliłam konta, odpowiadam na kocie mojego faceta.
UsuńJa twierdzę wyłącznie, że oddaliliśmy się od natury, zamknęliśmy w betonie i telewizorze, a to nie uszczęśliwia (długi temat, wystarczy popatrzeć na zgniły zachód).
UsuńBlisko natury można być nawet i mieszkając w bloku, nie przeczę. Moja babcia wychowana na wsi, uciekła do miasta, bo już w wieku 20 lat, bała się, co będzie na starość i jak sobie drewno do pieca porąbie. Co nie zmienia faktu, że każdy wolny weekend spędza do tej pory na wsi, w ogródku - da się być blisko natury i będąc mieszczuchem.
Nie ma tu poczucia wyższości. To jest mój system wartości: wschodząca rzodkiewka sprawia mi większą radość, niż nowa sukienka ze sklepu - taki typ. Aczkolwiek warto się zastanowić, po co właściwie nowa sukienka i dlaczego zwykle sprawia tyle radości. Bo mnie się widzi, że właśnie poprzez skupianie się na takich przyziemnych rzeczach, ucieka nam życie, ucieka nam kontakt z rzeczywistością, tą PRAWDZIWĄ, a nie wykreowaną.
Jest jedna rzecz, której chce każdy człowiek: szczęście. A do szczęścia potrzebna jest prawda. Ja prawdy szukam w naturze, nie w sklepie, nie w telewizorze, nie w gazetach - tam jej nie ma.
Myślę też, że jest to efekt propagandy, tak samo jak to, że posiadam smartfona i wciąż łaknę rzeczy, które okazują się nieprzydatne. Ba, daję się złapać w bzdury pisane w książkach, pokazywane w filmach. Wszyscy jesteśmy na to narażeni, a psychomanipulacja sięga głębiej, niż się wydaje. Warto mieć tego świadomość.
Podziwiam i trzymam kciuki!!!!
OdpowiedzUsuń"Samiec" <3
OdpowiedzUsuńPodziwiam i kibicuję. Moi rodzice się tak budowali, podmokły teraz podnosili po kawałku (np. fundamenty), ciocia wprowadziła się do mieszkania i ani nie mieli sufitu na górze (widać było dach zamiast strychu), ani podłogi na dole (spali rozbici w namiocie na piasku).
Mogła bym tak mieszkać, sama do wszystkiego dochodzić, jednak pozabijała bym się z moim facetem... niestety.
A o co tu się zabijać? :)
UsuńPrzeciwności hartują, ponoć najlepszy test związku to wspólny remont :D
Wspólnymi siłami pracujemy na sukces, każda sprzeczka, niezgodność, siłą rzeczy powodowałaby, że ta praca stałaby w miejscu. Jesteśmy zespołem, oboje to rozumiemy, więc zamiast się kłócić, staramy się robić tak, aby tej drugiej osobie było lepiej, łatwiej :)
Gratuluję normalności !
OdpowiedzUsuńDziś ludzie zostali zdegenerowani mentalnie i moralnie .
Bardzo ciekawie napisane. Super wpis. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńPoszukiwałem skutecznej psychoterapii dla dorosłych i znalazłem https://psycholog-ms.pl/psychoterapia-dla-doroslych/. Bardzo doceniam ich podejście skoncentrowane na pacjencie i indywidualne dostosowanie terapii. Czy ktoś inny miał doświadczenia z tą kliniką i mógłby podzielić się swoimi wrażeniami?
OdpowiedzUsuń