sobota, 6 maja 2017

Projekt Życie - jak sobie radzimy po roku



Panie i panowie!

Mam zaszczyt ogłosić, że właśnie mija rok, od kiedy mieszkamy na działce i codziennie ciągniemy nasz mały wózek zwany Projektem Życie.


Wiem, miałam pisać na ten temat regularnie, jednak w tym czasie nie działo się nic na tyle szczególnego i wiekopomnego, żeby o tym wspominać. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, kiedy naprawdę dużo się zmieniło, jest o czym mówić. Nie pisałam z jeszcze jednego powodu: dłuuugi czas pozbawiona byłam swojego własnego, prywatnego laptopa (Pleban swojego okupuje często i namiętnie, poza tym, na cudzych nie lubię działać). Później laptop już był, ale ja w letargu zimowym nie pisałam z rozpędu.

Nastała jednak wiosna, wszystko obudziło się do życia, wiosenne porządki w głowie przeprowadzone zostały pomyślnie i w końcu dojrzałam do tego, że jednak MAM o czym pisać. Nawet codziennie.

Zanim opowiem co u nas słychać, wtrącę jeszcze jedną dygresję. Otóż zima obdarzyła mnie hojnie filmami, książkami, dzierganiem na drutach, ale też słuchaniem mądrych ludzi i czytaniem mądrych rzeczy. Głowa kipi mi od informacji, które jak puzzle układam sobie w obraz świata. Po raz kolejny w życiu doszłam do wniosku, że wszystko zależy od wszystkiego (i wszystko dzieje się samo). Naroiło mi się w głowie rzeczy mnóstwo, którymi ze światem chcę się dzielić. Nie miejcie mi więc za złe, że nie będę wrzucać wielu przepisów na cudowne specyfiki czy pisać stricte o ziołach i roślinkach. Nigdy nie umiem zamknąć się w ramach jednej dziedziny. Życie jest zbyt obfite we WSZYSTKO. Więc wszystkiego możecie się tu spodziewać. Gadania o zdrowiu, jedzeniu, „teoriach spiskowych”, ale też może tu wpaść kilka spostrzeżeń o relacjach międzyludzkich, związkach, ogólnie: podejściu do życia w różnych jego aspektach. Określę to mianem „dzikiego lajfstajlu” :)

Wracając do Projektu Życie i tego, co u nas słychać: jest za*ebiście. Serio. Nie znalazłam lepszego słowa, żeby określić mój stan ducha.

Zacznijmy od początku:

Jesienią 2015 roku staliśmy się szczęśliwymi dzierżawcami dwóch działek ROD o łącznej powierzchni 600 m kwadratowych. Tamtej jesieni udało się całą działkę przeorać, wyrwać wierzby, którymi porastała i wykopać dwie dziury: jedna pod fundamenty domku, druga pod oczko wodne (które jest duże i bardziej jest stawem). Wtedy też Pleban zrobił szalunki pod ławy fundamentowe i radośnie oczekiwaliśmy przyjazdu betoniarki, która ławy miała wylać. I tu nastąpił fail niesamowity: ziemię mamy żyzną, owszem. Tłuściutką, czarniutką i cudowną. Ale mokrą jak piorun. No, mieszkamy sobie po prostu prawie na bagnie. Betoniarka utknęła w połowie alejki (działkę mamy na samym końcu tejże), wyciągały ją dwie ciężarówki i koparka gąsienicowa, cała akcja zajęła pół dnia.

Nic to. Ustaliliśmy, że wszelkie prace wymagające sprzętu ciężkiego poczekają do lata, kiedy poziom wody opadnie. My przezimowaliśmy w moim rodzinnym domu, ale z powodów nieistotnych stanęliśmy pod przymusem wprowadzenia się na nasze włości wiosną. Dosłownie z nieba spadł nam barak. Wymiary 6 x 2,5 m, takiej samej wielkości taras, drzwi i dwa okratowane okna. Cena przystępna (2500 zł), to bieremy. Problemem było już przewiezienie jej do punktu docelowego, bo okazała się ciut za wysoka. Po twardych pertraktacjach i przemówieniu do kieszeni, człowiek który miał go transportować ostatecznie zadania się podjął. Pomijam już komplikacje po drodze (a było ich kilka), barak stanął przy głównej drodze przed naszymi działkami. Półsukces!

Okazało się, że problemem prawie nie do przeskoczenia stało się przerzucenie baraku przez całą długość naszej alejki na miejsce docelowe. Znów: teren grząski, ciężki sprzęt ma duże problemy. Udało się znaleźć JEDNEGO właściciela koparki gąsienicowej, który zadania się podjął. Jednak z przyczyn niezależnych od nas i z powodu zbiegu niemiłych okoliczności, kwitliśmy przez miesiac w stanie zawieszenia. Czasu jednak nie marnowaliśy. Dojeżdżaliśmy na działkę i pomalutku zagospodarowywaliśmy po kawałku. Powstał nasz warzywny ogródek z podniesionymi zagonkami. Była to najlepsza opcja, biorąc pod uwagę, że gleba ciężka, wilgotna i długo wiosną obsycha.

Po miesiącu barak w końcu stanął na betonowych bloczkach na naszej działce, w co nie mogłam uwierzyć, póki nie zobaczyłam. A wszystko dzięki genialnemu operatorowi koparki, który dosłownie piruety nią wywijał.

Po wstępnym niedowierzaniu, pomału zaczęliśmy wić sobie tymczasowe gniazdko: Pleban zamontował blachy na dachu, zdjęte na czas transportu i złożył szkielet tarasu. Sam taras (podłoga i balustrady) zrobiliśmy z poczciwych, tanich desek szalunkowych (tak samo jak nasze podniesione zagony).

Planowaliśmy latem wylewać fundamenty i stawiać dom. Okazło się to niemożliwe: po pierwsze, przerosło nas to finansowo. Po drugie, kolejna betoniarka też nie była w stanie wjechać na to przeklęte (kochane) bagnisko. Ostatecznie fundamenty wylaliśmy metodą kombinowano-gospodarczą: na głównej drodze przed działkami zrzuciliśmy piach i cement, wodę zdobyliśmy od znajomego menelka z działek naprzeciwko naszych (inne działki, inny zarząd. Mają wodę i prąd). Gotowy beton partiami wjeżdżał na działkę takim małym ustrojstwem z mieszadłem, a troje ludzi radośnie zasuwało z taczkami i szpadlami. UDAŁO SIĘ!

Aczkolwiek zajrzało nam w oczy widmo spędzenia w baraku zimy. Jako kobieta ufna i wierząca w możliwości swojego chłopa, zbytnio się tym nie przejmowałam (w ogóle przejawiam zadziwiającą umiejętność absolutnego niestresowania się i nieprzejmowania niczym), ale Plebanowi cała sprawa lekko spędziła sen z powiek. Ostatecznie: udało się. Przezimowaliśmy szczęśliwie. Jesteśmy na etapie zbierania na dom, bo nie widzi nam się spieniężać go z naszych oszczędności. Dobrze mieć grosz na czarną godzinę.

Jak sobie żyjemy? Ano, całkiem wygodnie. W naszych oszałamiających 15 m kwadratowych stoi sobie tapczan ze starego mieszkania, materiałowa szafa od mojego brata, komplet kuchennych szafek, wyczajonych przez moją babcię (300 zł, nówki sztuki, przecena w markecie budowlanym),kuchenkę gazową za 100 zł, milion półek na ścianach (w ramach oszczędności miejsca), dwa stoliki przy łóżku z Kauflanda (27 zł za sztukę), sedes i żeliwny piec (300 zł), który stał się najcudowniejszym elementem domu. Piec, z racji coraz wyższych temperatur wywędrował do foliaka, żeby można było szybciej posadzić pomidory, a my dogrzewamy się w razie potrzeby piecykiem gazowym. Na tarasie mamy krzesła z odzysku od teściowej ze zmysłem chomika (chwała jej za to!) i niepotrzebny stół z mojego domu rodzinnego.

Wodę pitną przywozimy w pięciolitrowych baniakach od teściów, do nich też pierwotnie woziliśmy pranie i chodziliśmy się kąpać. Wodę do celów gospodarczych czerpiemy z naszego stawku i w chwili obecnej tak sobie wszystko ustawiliśmy, że kąpiel i pranie w naszym baraczku problemów nie sprawia (wieeelka micha i jazda!) Co prawda, teściowej do prania wciąż podrzucam rzeczy bardziej skomplikowane: jeansy, pościel, grube bluzy. Co się da, piorę sama. Woda do sedesu śmiga w konewce, naczynia myję systemem miliona misek i gotowania wielkiego garnka wody (tak samo do prania i do kąpieli). Ach, no i oczywiście, mamy prąd. Tu się nie znam kompletnie, więc szczegółów nie podam, ale mamy panele słoneczne, milion kabli i olbrzymie akumulatory. Spokojnie całą zimę wystarczało nam prądu na oświetlenie, ładowanie laptopów i innych pierdół, a odkąd stałam się szczęśliwą posiadaczką blendera, nie ma dnia, żebym go nie używała. Teraz prądu mamy na tyle dużo, że włączyliśmy lodówkę, która kupiliśmy w zeszłym roku. Używka z komisu, żre zadziwiająco mało prądu, chłodzi aż miło, ma olbrzymi zamrażarnik i kosztowała kosmiczne 350 zł.

Żyjemy wygodnie i komfortowo. Mamy dach nad głową, ciepło w tyłki, gdzie się umyć, przespać, ugotować. Mamy wszystko, co tylko moglibyśmy sobie wymarzyć. Serio, żyjemy sobie tak we dwójkę z psem od roku i jakby trzeba było, to dałoby radę kolejne pięć.

Jestem w lekkim szoku za każdym razem, gdy odwiedza nas ktoś ze znajomych (specjalne pozdrowienia dla Nabila, który gości u nas w weekendy średnio raz w miesiącu i przynosi nam caaałą górę radości) i dosłownie zachwyca się naszym lokum. Że miło, że przytulnie, że spokojnie i ptaki śpiewają, że fajnie sobie żyjemy. Pomimo, że za każdym razem martwię się, że ewentualne niedogodności (jak choćby chodzenie za potrzebą w krzaczki – dłuuugo tak było), naszych gości odstraszą, okazuje się, że wszystkim się tu podoba.
Za to bardzo rozbawiło mnie, gdy znajoma znajomego wielce się oburzyła, że mamy w baraczku... DRUKARKĘ! I mamy czelnośc drukować zdjęcia w naprawdę dobrej jakości! Bo jak to tak: mieszkać jak lumpy na działce i mieć takie luksusy? TOŻ TO NIEPOWAŻNE.

Kosztorys domku mamy już zrobiony. Będzie cały z drewna. Teraz zbieramy pieniądze, żeby był taki, jak sobie wymarzyliśmy (okazuje się, że drewniane okna, dodatkowe milimetry ocieplenia i drewno zamiast płyt kartonowo-gipsowych jednak też kosztują :D).

Mamy swój azyl, żyjemy sobie spokojnie, nie musząc zasuwać po 8 godzin dziennie na życie. Roczna opłata dzierżawy działki wynosi nas szalone 300 zł rocznie. Drewno na opał dosłownie leży w lesie nieopodal. Namiot na pomidory zrobiliśmy z tego, co natura dała i co było pod ręką. Jedyne nasze wydatki to jedzenie i ewentualne przyjemnostki.

I jest cudownie, a życie codziennie zaskakuje nas swoim pięknem. Kaczki krzyżówki w tym roku się zadomowiły i dorobiliśmy się szczęśliwie jednej kaczej mamy z dziesięcioma jajkami w naszym ogródku. Niebieskie żabki, chrumkające jak świnki morskie, zakończyły okres godowy, zostawiając nas z całą górą skrzeku. Żabki zielone rechoczą donośnie wieczorami. Zakwitły mi pierwsze własne tulipany i hiacynty. Krzaczki owocowe się zadomowiły i powoli wypuszczają pąki kwiatowe. Ziemia rodzi w najlepsze, warzywa rosną jak szalone i naprawdę, niczego więcej od życia nie chcę.

Jeszcze pół roku temu nie odważyłabym się tego powiedzieć publicznie, ale teraz już jestem w stanie: „Proście, a będzie wam dane”. Dostaliśmy dokładnie to, co chcieliśmy i jesteśmy cholernie szczęśliwi. Nie zliczę wszystkich kryzysów, kiedy przez tydzień jedliśmy zupę z rzepy, albo musiałam wykombinować jadłospis na tydzień za 30 zł (DA SIĘ!). Zawsze ostatecznie wszystko dobrze się kończyło, zawsze niespodziewanie wpadał jakiś grosz i wychodziliśmy na swoje. Jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia, nabyliśmy niesamowite pokłady cierpliwości i pokory. A życie postawiło nam na drodze naprawdę cudownych, niesamowitych ludzi, ale to już temat na inną historię.


Żyjemy, mamy się świetnie i to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo. A wszystko to bez kredytów i zobowiązań :)

51 komentarzy:

  1. Wszystko fajnie, ale czytam i mówię sobie - to jakiś absurd. TOŻ TO NIEPOWAŻNE!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3

      Zapomniałam Cię zalinkować!

      Usuń
  2. Droga Drosero,

    gratuluję udanego życia. Rok temu trafiłam na Twojego bloga i od lipca nie mogłam doczekać się kolejnego wpisu. Zastanawiałam się nad przyczynami Twojego milczenia i muszę przyznać, że obstawiałam dwie opcje - albo Twój "Projekt Życie" nie wyszedł i w związku z rozczarowaniem i wstydem porzuciłaś bloga albo tak pokochałaś życie z dala od cywilizacji, że odpuściłaś sobie kolejne wpisy. Cieszę się, że sprawdziła się ta druga opcja.
    Nie napisałaś wszystkiego o swoim obecnym życiu.
    Piszesz, że nie musicie zasuwać po 8 godzin dziennie. Ale przecież z czegoś musicie nazbierać na ten drewniany wymarzony domek, prawda? Nadal pracujesz w sklepie ogrodniczym, czy podjęłaś jakąś działalność gospodarczą (np. sprzedajesz własnoręcznie robione mydła, kosmetyki albo inne rękodzieła)? Czy to może Samiec-Pleban zarabia "na czarną godzinę"?
    Właśnie, dlaczego Samiec zamienił się w Plebana?
    Jak udały się pierwsze zbiory z Waszego gospodarstwa? Czy te jagody, które wysuszyłaś w arkusze, dobrze się przechowały zimą? Ratafia się udała?
    Myśleliście o dodzierżawieniu dodatkowej działki, czy te 600 m2 Was spokojnie wykarmi?

    Na przyszłość pisz częściej niż raz na rok, bardzo Cię proszę
    Pozdrawiam i życzę sukcesów

    Rebel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się pisać częściej niż raz na rok, tym bardziej, że w końcu mam na czym.

      Samiec zamienił się w Plebana, bo sam publikuje teksty w Internecie pod pseudonimem Pleban Zenobiusz, a mnie po prostu z głowy wyleciało, jak go wcześniej tu opisywałam. Nieistotne :)

      Co do reszty zagadnień, strasznie dużo tych pytań. Pozwól, że nie będę na nie wyczerpująco odpowiadać, a po prostu będę częściej pisać o swoim życiu :)

      Usuń
    2. Pozwolę sobie:
      Rebel - pozdrawiam.
      Dziewczyna zna bloga na pamięć, to ogromna wartość i nagroda, kiedy choćby kilka osób z zaciekawieniem czyta wpisy i wypatruje kolejnych. Tobie Charlie życzę zacnego grona takich świadomych Twojego słowa czytelników, tylko pisz!! Zawsze Ci to mówiłem, że warto, rób to po prostu dla własnej przyjemności.

      Usuń
    3. Pozdrawiam.
      Bloga czytam z zainteresowaniem, bo dzięki niemu mogę sobie powyobrażać własne życie w ten sposób. Sama raczej nie będę miała okazji tak żyć, bo:
      primo - jestem maksymalnym leniwcem zwisającym z gałęzi i wątpię, czy dałabym radę się zmobilizować do codziennej orki w polu,
      secundo - w dzieciństwie żyłam bez bieżącej wody i kanalizacji i wspominam to bardzo źle,
      tertio - mój Samiec bardzo sceptycznie podszedł to idei takiego życia, jak mu o tym opowiedziałam,
      no i wreszcie quarto - popełniliśmy z Samcem błąd parę lat temu i konsekwencje będziemy ponosić do emerytury - słowem - kredyt we frankach sam się nie spłaci. Więc musimy harować w korpo.

      Ale zawsze mogę pobawić się w Anie z Zielonego Wzgórza i powyobrażać sobie samą siebie na miejscu Charlie. Szczególnie, że chyba jesteśmy imienniczkami :D

      Pozdrawiam - Rebel

      Usuń
    4. Haha, "codzienna orka w polu" :D
      Uwierz mi, też jestem leniwcem. Na każdy bardzo aktywny dzień, przypada jeden dzień kompletnego nieróbstwa. Nigdy nie "pracuję" więcej niż 4-5 godzin dziennie. Lubię się opierniczać, lubię odpoczywać, tym bardziej, że gdy ciało odpoczywa (czyt.: siedzę pod kocem na tapczanie), głowa pracuje.

      Wiesz, co innego w dzieciństwie, jak Cię życie przymusza do takich "ciężkich" warunków, a co innego jak się człowiek SAM I ŚWIADOMIE decyduje. Też się martwiłam, okazało się ok. Po jakimś czasie po prostu opracowuje się najmniej czasochłonne i najprostsze patenty na codzienne sprawy i jest ok.

      Trzeciego i czwartego współczuję. O ile z punktem trzecim zawsze da się coś wymyślić: jakąś formę kompromisu i porozumienia, o tyle punkt czwarty to strzał w kolano.

      Ale, hej! Nigdy nie wiadomo, co życie przyniesie :)

      Usuń
  3. Ano właśnie, też zapamiętany miałam inny pseudonim dla Plebana;) Cieszę się, że projekt Wam się udał i że to o czym marzyliście nie okazało się czymś uciążliwym w rzeczywistości, bo ponoć tak czasami z marzeniami bywa;) Trzymam kciuki za owocowanie krzewów, plony warzywne i wszystkie wasze dalsze działania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki dzięki :)

      Pozdrawiam z lasu!

      Usuń
  4. Witam
    Gratulacje - bo spełniacie coś o czym wielu marzy za młodu, w tym i ja.. jednak chyba po jakiemś czasie 99% ludzi z tego wyrasta, porzuca nadzieje i wpada w wir systemu.. Zresztą ja też.. choć wcześniej nie było internetu który daje wolność pracy zdalnej - co mnie zawsze powstrzymywało..

    Dołączam sie do pytań przedmówczyni i dorzucę swoje - bo jestem ciekawy jak rozwiązaliście take kwestie:

    1. Skąd finanse na bieżące życie? Podatek od nieruchomości? transport? jedzenie.. sprzety itp.?
    2. Jak finansujecie budowę domu bez kredytu?
    3. Skoro nie macie ubezpieczeń (nie pracujecie?) to czy myślicie o tym co będzie potem? gdy jednak (tfu tfu) zdarzy się coś ze zdrowiem?
    4. To mozna tak do lasu "po swinie" isc (jak pisał Pleban)? albo wycinac drewno na opal z lasu?
    5.Myslicie o potomstwie? widzicie z tym zwiazane jakieś problemy potem?
    6. Nie boicie się zwarcia w "home made" instalacji i pożaru?

    Mysle ze takie pytania powstaja nie tylko mi i fajnie by bylo gdybyscie na nie odpowiedzieli kiedys.. w miar emozliwosci..
    Tymczasem trzymam kciuki za dalsze losy !!! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, szczerze mówiąc, roześmiałam się, bo w życiu nie przyszłoby mi do głowy martwić się takimi zagadnieniami :)

      Wychodzimy z założenia, że jeśli człowiek miałby się bać wszystkiego, to już lepiej położyć się do grobu i mieć spokój. Ludzkość żyła w dobrobycie i spokoju na długo zanim wymyślono ubezpieczenia społeczne, przepisy przeciwpożarowe czy suplementy diety. Ba, radzili sobie o wiele lepiej niż my teraz!

      Ale, jakby nie patrzeć, warto na te pytania odpowiedzieć. Myśmy już tak „zdziczeli” przez ostatni rok, że w sumie zapomniałam w jaki sposób myślą ludzie bardziej przywiązani do systemu.

      Tak czy siak, myślę, że spłodzę jakiś post tak ogólnie o naszym podejściu do życia i o tym, jak sobie z takimi codziennymi sprawami radzimy. Pleban też swoje trzy grosze dorzuci :)

      Usuń
    2. Odpowiadamy
      1. Z pracy
      2. Z pieniędzy z pracy
      3. Zapłacimy pieniędzmi odłożonymi z pracy.
      4. I tak i nie. Za okupacji za zabicie świni była kara śmierci a rąbankę wszyscy pałaszowali. Na zachodzie nie wolno gwałcić a gwałtów nie brakuje (ciapate). To wszystko zależy od pojedynczego człowieka jaki system prawny on respektuje a jaki nie. Przecież to jest powszechne. Jesteśmy pod okupacją i około 30 procent naszego narodu w taki czy inny sposób uczestniczy w szarej strefie przeciwko tej okupacji czy to kupując ukrainskie papierosy, pędząc bimber czy pracując na "czarno".
      Niech każdy to wszystko rozezna w swoim sercu czy mu wolno czy nie i niech tak czyni. Bo nie wiem czy wiecie ale dopiero fakt podporządkowania się jakiemuś prawu daje mu moc. Stad mnóstwo tzw. martwego prawa które niby jest a wszyscy mają to w tyłku. Kwestia tylko masy krytycznej ilości ludzi je nierespektujących kiedy to prawo umiera. TO MY DAJEMY PRAWU ŻYCIE.
      5. Myślimy i problemu nie mamy. Problemy będą mieli ci którzy będą mieli do nas problem.
      6. Nie boimy się.

      Usuń
  5. Dzięki za szybką i konkretną odpowiedz.
    1.Rozumiem, że nie chcecie ujawniać szczegółów pracy ale domyślam się, że to raczej praca zdalna przez internet? a moze dorywcza?
    2.Nie mialem na mysli wizyty u detysty czy internisty za 100zł ale np o jakiejs kosztownej operacji czy przewleklej chorobie (czego nie zycze).. ale chyba cięzko będzie wtedy pokryc koszty takich wydatkow..
    3.Dla mnie przykłady z gwałtami czy szarą strefą troche nietrafione - bo tu chodzi raczej o gospodarkę rabunkowa.. jakby tak kazdy do lasu "szedl po swinie i opał" to po pol roku nie byloby lasow i tym bardziej swin w lesie..to troche się kloci z waszym uwielbieniem dla natury..
    4. Domyslalem sie ze nie macie w glowie problemow z dziecmi ale bardziej mi chodzilo o odrzucenie ich przez rowiesnikow.. swiat dzieci jest czasem brutalniejszy niz doroslych a kilkulatkowi nie wytlumaczy sie tego ze system sie na niego wypial..
    5. Zastanawiam sie w jakim wieku jestescie.. strzelam ze mocno przed 30-tą wiosną..

    Prosze nie odbierac tych pytan jako atak czy torpedowanie wizji.. ale jak wspomnialem kiedys myslalem podobnie jednak nie moglem "porozmawiac o tym sam ze sobą" wtedy ;-)

    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. 1. A jaka to różnica? Praca to praca. Nie ma to nic wspólnego z treścią postu. Podpowiem że bezrobocie nie istnieje.
    2. Jak ktoś się boi to może się ubezpieczyć. Ja się nie boje i się nie ubezpieczam. Każdy kiedyś umrze.
    3. Jakby każdy mył zęby to by nie było próchnicy. Już to widzę jak wszyscy hurtem idą kłusować. Spekulacja myślowa zupełnie nierealistyczna do urzeczywistnienia w rzeczywistości.
    4. Mit
    5. A co to kogo obchodzi ile lat ma koń? Ważne że wygrywa wyścigi.

    OdpowiedzUsuń
  7. Spoko.. tez wyrośniecie z tego ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To z socjalizmu trzeba w końcu wyrosnąć. Ten sam wektor acz przeciwny zwrot.

      Usuń
    2. Jasne, że wyrośniemy. I jak przystało na porządnych obywateli, kupimy mieszkanie na kredyt na 30 lat, pójdziemy do pracy w korpo, zaszczepimy nasze hipotetyczne dzieci a później poślemy do szkoły, żeby dołączyć do grona 95% nieszczęśliwych ludzi. Nastanie harmonia :)

      Bardzo fajnie, że myślał Pan kiedyś podobnie. My nasze myślenie wprowadzamy w czyn, odwrotu już nie ma, więc raczej nam nie przejdzie.

      Proszę też uszanować naszą prywatność i nie pytać o pracę, zarobki, wiek. Dżentelmeni ponoć nie rozmawiają o pieniądzach :)

      Usuń
  8. A mnie interesuje co innego - przecież prad trzeba odsprzedawać do elektrowni po czym na koniec roku bilans zuzycia się robi i odejmuje od rachunku..

    No nic - uważajcie na "życzliwych" sąsiadów.. którzy zazdroszczą "darmowego"..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj ile rzeczy mnie interesuje. Nie starczyło by papieru.
      Nic nie trzeba a można.
      A kto powiedział o jakiejś darmoszce? Nikt nic takiego nie napisał.

      Usuń
  9. Gratuluję sukcesów, ale...

    system się o was upomni i to brutalnie, no chyba, że definitywnie zrezygnowaliście z dzieci. W razie czego miejcie defibrylator, bo pani z opieki społecznej jaka Was odwiedzi gdy pojawi się dziecko dostanie zawału...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odsyłam do artykułu i proszę przeczytać jeszcze raz ale ze zrozumieniem.

      Usuń
    2. To panie z opieki społecznej tak odgórnie odwiedzają wszystkich, którym pojawiają się dzieci?

      Usuń
    3. Pielęgniarka środowiskowa 1 raz na tzw. patronaż (chyba że leniwa i wpisze w kwity, że była, a nie była)

      Opieka społeczna na wezwanie (donos) a duch Pawlika Morozowa nie zginął w Narodzie

      Usuń
    4. Kijem trzeba takie gonić i żądać asysty policji. Po przybyciu policji wpuścić tylko dowodzącego asystą aby zrobił reportaż przy pomocy kamery i dał tej starej kutwie do obejrzenia w domu. Nikt nie wpuszcza dziadostwa i tałatajstwa w swoje progi. :)

      Usuń
  10. zazdroszczę i jednocześnie współczuję obecnych warunków. Liczę że po zakończeniu budowy będzie czytelny podział izb oraz szafy półki szafki itp i wszystko wykonane starannie bo egzystencja w takim pierdolniku to gorzej niz u psa w budzie czy innej gawrze. Jestem pewien że wszystko da się zrobić zgodnie z naturą, tanio i jednocześnie estetycznie.
    PS
    @Pleban miałem identyczne brązowe trapery bardzo porządny wyrób
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gwoli ścisłości są to brązowe półbuty z lumpa za złotówkę. Służą już 2 lata.

      Usuń
    2. Tak mało pytań? Jestem gotów odpowiedzieć na więcej :). Służę swoją wiedzą i doradztwem.

      Usuń
    3. Ja nie zagładzam troli tylko sam się nimi karmię i jestem głodny. Tak łatwo się poddawać? Słaby trol :(.

      Usuń
    4. Pytania:
      Dlaczego nie przyszedł Pan z tymi "konkretnymi" pytaniami bezpośrednio do osoby najlepiej zorientowanej w sytuacji czyli mnie? I to bezpośrednio u źródła czyli na blogu zezowatego?

      Odpowiedz:
      Dlatego że po pierwsze u zezowatego troli traktuje się z buta a szanowny trol jest aż takim tchórzem że boi się konfrontacji z FACETEM i po drugie uderza po wyciąganie informacji wrażliwej (oraz stara się zdyskredytować IDEE) od słabszego ogniwa czyli KOBIETY licząc na to że ja ze swoją kobietą mamy upośledzoną komunikacje i ja się nie dowiem. Pierwszy fail.
      Dostałeś z glana i to konkretnie i jak się z tym czujesz? Z facetem to już inna bajka co nie? Nosek krwawi. Myślisz ze trafiłeś na idiotów? Drugi fail.
      Liczę na dogrywkę chyba że tchórzysz.

      Usuń
    5. Trochę rozumiem fakt że z czegoś musisz żyć ale od razu taka prostytucja? Siedzisz na tej wielkiej hali najemników tobie tożsamych którzy mają wygłaszać jedynie słuszne idee aby kreować świadomość społeczeństwa w internetach i po co to?. Tworzysz syf w swojej pracy a później wychodzisz po pracy i sam taplasz się w tym syfie jaki stworzyłeś. To taki malenki apel do CIEBIE tam w środku. Czy nie czujesz się prostytutą?

      Usuń
  11. Witam. Na wpis trafiłem wczoraj przez blog profesora Dakowskiego. Nie śledziłem więc całości od początku. Jeżeli dobrze zrozumiałem, generalnym założeniem była ucieczka od systemu? Konkretnie tego nieludzkiego systemu w którym wszyscy tkwimy. Nie chcę nikomu odbierać nadziei, ale nie dacie rady. System dopadnie Was raczej wcześniej niż później. Jedyną możliwością ucieczki od systemu jest jego zniszczenie. Alternatywy nie ma!
    Nie to jednak skłoniło mnie do pisania. Ja Wam naprawdę dobrze życzę, jak również szczerze i bezinteresownie chcę pomóc. Nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy, jak głęboko w tym systemie tkwicie. Na ten etap budowy wyrzuciliście w błoto ok 80 % wydanych pieniędzy. Dlatego, że jak wszyscy mówią to samo, to na pewno się nie mylą. Totalna bzdura. Wmówiono Wam, że dom powinien mieć solidne fundamenty. Kolejny mit. Jeżeli wasz dom ulegnie zniszczeniu, czego Wam absolutnie nie życzę, to po co wam fundamenty na które wydaliście 80% za dużo? Transatlantyk przewożący setki tysięcy ton ładunku nie ma wcale fundamentów a porusza się na o wiele bardziej niestabilnym „gruncie” niż wasz. O co konkretnie chodzi?
    Jeżeli planujecie dom do 35 m2 to w zupełności wystarczy 15 centymetrowa płyta betonowa zbrojona prętem o średnicy 6 mm. na 20 centymetrowej podsypce z najtańszego materiału dostępnego w najbliższej okolicy (tłuczeń, żwir, pospółka). Wszystko. Zaraz oczywiście jakiś budowlaniec i to z długoletnim doświadczeniem powie, że przy tym gruncie po pierwszej mroźnej zimie, płytę wysadzi i chałupka popęka, albo się rozleci. To teraz fizyka na poziomie szkoły podstawowej. Co zrobić aby płyty nie wysadziło? Wykopać po obwodzie płyty rów szerokości pół metra do głębokości zamarzania gruntu (jak wasz fundament, pod który też musieliście wykopać rów), włożyć izolację termiczną i zasypać. Jeżeli grunt pod płytą nie zamarznie to jej nie wysadzi. To jednak małe miki. Płyty nie musicie wcale ocieplać. Oszczędzacie na materiale ocieplającym. Teraz matematyka ze szkoły podstawowej. Obwód zawsze jest mniejszy od od powierzchni kwadratu czy prostokąta. Na ocieplenie gruntu zużyliście mniej materiału niż na ocieplenie płyty. Założę się o dwa piwa, że fachowcy każą wam ocieplić i fundament i płytę. Nie tylko wydacie niepotrzebnie pieniądze, ale jeszcze pozbędziecie się gruntowego akumulatora ciepła, który macie przy okazji i za zupełną darmochę/
    Podobno co się stało, to się nie odstanie. Też mit. Te fundamenty można uratować i zrobić tak, aby nie popełniać dalszych błędów. Zanim zaplanujecie kupno drewna, styropianu, płyt OSB, gipsokartonowych i innego tego typu badziewia, napiszcie. Podam alternatywę, Zawsze możecie nie skorzystać. Pozdrawiam Michał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękujemy za cenne informacje, to zawsze jest wartościowe. Aczkolwiek przegrałby pan dwa piwa :)

      Usuń
    2. Nie zbiednieję. Bardzo ciekawi mnie natomiast na jakim poziomie wiedzy fachowej jest ten fachowiec. Każe Wam ocieplać płytę czy fundament, bo to że nie każe jednego i drugiego już wiem. Podajcie adres jestem mu winien dwa piwa. Pozdrawiam Michał Kaczmarczyk. Bytom, województwo śląskie.

      Usuń
    3. Długo by gadał a Panu ta wiedza nie jest do niczego potrzebna.

      Usuń
  12. Jak to fajnie można samemu sobie stworzyć tezę i z nią polemizować :).
    Gratuluje wiedzy na temat moich finansów :).
    Prosze się lepiej postarać.
    Z chęcią poczytam co tam się Panu roi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Panie Edwardzie Ciecko. Absolutnie nie interesują mnie pańskie finanse. Każdy ma prawo spuścić swoje pieniądze w klozecie o ile oczywiście ma. Zarówno pieniądze, jak i klozet. Chciałem tylko i wyłącznie pomóc. Nic jednak na siłę. Jeżeli nie przekonują Pana moje uwagi co do fundamentów, proszę zrobić następujący eksperyment. 10 dkg. mąki kartoflanej rozpuścić w litrze wody. Zagotować. Powstanie klej skrobiowy, czyli tzw. klajster. Fachowo proces nazywamy rozklejaniem skrobi. Po wystudzeniu proszę do tego wsypać drobne trociny do uzyskania gęstej masy. Uformować łatwy do zmierzenia sześcian Po całkowitym wyschnięciu, proszę zmierzyć jego objętość i zważyć. Następnie proszę sprawdzić jego wytrzymałość na ściskanie. Na koniec proszę policzyć, ile kosztowałyby mury pańskiej chałupki „na gotowo”, gdyby zbudować ją z tego materiału
      Zapewniam Pana ze z tego materiału wybuduje Pan 35 metrowy dom z poddaszem. Współczynnik przenikania ciepła korzystniejszy jak dla drewna, wytrzymałość na ściskanie też wyższa. Nie wymaga tynkowania, ani od zewnątrz ani od wewnątrz.
      Jeżeli zainteresuje to Pana, napiszę co należy dodać do masy, aby materiał był wodoodporny a sama masa gładko się rozprowadzała jak masa betonowa i twardniała po dwóch godzinach. Składniki można kupić w każdym wiejskim sklepie. W Tesco taniej.

      Usuń
    2. Najgorsze są niechciane i niepotrzebne rady. Ani ja ich nie chcę ani ja ich nie potrzebuję. Ale proszę pisać i się nie krępować.

      Usuń
    3. Proszę, o ile oczywiście Pan może, wytłumaczyć mi pewną okrutną, przynajmniej dla mnie, prawidłowość. Mam jakiś pomysł. Ktoś bogaty, albo sobie go przywłaszczy, albo za niego zapłaci, albo zatrudni, albo na wspólnika weźmie. Gołodupiec natomiast, zawsze równo i dokładnie Cię oleje a dodatkowo zruga, tylko za to że chcesz mu pomóc.

      Usuń
    4. Proszę iść z pomysłem lub pomocą do potrzebujących a nie się narzucać komuś kto tego nie potrzebuje. To w złym guście. Ale jak sprawia to Panu przyjemność to proszę się dalej wypłakiwać mi w mankiet.

      Usuń
    5. Nie mam najmniejszego zamiaru, ani się narzucać, ani Cię uszczęśliwiać. Jednego jednak szczerze Ci zazdroszczę. Tej baby, która Ciebie i to życie z Tobą wytrzymuje.

      Usuń
  13. Widac polemika z panem EC nie ma sensu. Wszystko wie najlepiej. Wszyscy go atakują. Wszyscy mu życza źle. Tylko on bohatersko wyczuwa i zwalcza system - z buta jak to określa. Tylko nijak się to ma do rzekomej otwartości na ludzi czy inne idee właśnie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ skąd. Otwartości na ludzi ma pod dostatkiem. Jednakowoż, NA LUDZI właśnie, twarzą w twarz, nie na anonimowych użytkowników Internetu, którzy nawet imienia pod swoimi komentarzami nie zostawiają.

      Przezorności nigdy dość, nieprawdaż?

      Usuń
    2. Nic takiego nie powiedziałem. Nieładnie jest wtykać komuś w usta słowa których nie wypowiedział a później z tymi słowami polemizować :). Ciuś ciuś :). Ale proszę próbować dalej.

      Usuń
  14. Witam serdecznie.
    Po przeczytaniu artykułu na blogu Zezorra trafiłem tutaj.Poznając historię zamieszkania na łące przypominałem sobie nasze zmagania z naszą łąką. Gdybym skorzystał z tylu cennych doświadczeń na pewno nasz start byłby łatwiejszy z wydostania się z systemu. Zaczynaliśmy podobnie, tylko przyczepa trochę większa, później doszły zwierzaki, psy, koty i kozy. Mieszkaliśmy tam dwa lata, dostrzegliśmy piękno i bogactwo tego miejsca, ta niezliczona ilość ziół w jednym miejscu, urodzaj ziemi. Teraz dla odmiany mieszkamy w środku lasu, dalej w naszym małym domku na kółkach.
    Życzymy wiele radości, dużo szczęścia, zdrowia, sił i wytrwałości w osiągnięciu celu.
    Pozdrawiamy Jacek i Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Charlie23 czerwca 2017 22:48
      Start jak start. Nasze doświadczenia to nic innego niż zmaganie się z naszą własną głupotą bądź brakiem wyobraźni. My też planujemy docelowo wyposażyć się w kółka a nawet żagle :).
      Wszyscy wiemy że taki styl życia to samospełniające się życzenia szczęścia, zdrowia, sił i wytrwałości.
      Wam również tego życzę (pomimo że to macie - ale życzę wam więcej)
      Wiwat Pan nasz i zbawca, prawda i droga, Jezus Chrystus który nas, obcych sobie ludzi prowadzi tymi samymi pięknymi ścieżkami.
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    2. Dziękujemy bardzo.
      Nie często zaglądam do neta więc i podziękowania trochę późne..
      Tak naprawdę to dopiero zaczynamy w nowym miejscu, wszystko trzeba było robić od nowa po przeprowadce, jednak teraz jest dużo łatwiej.
      Mieszkamy na styku woj zachodniopomorskiego z pomorskim, jeżeli będziecie mieli ochotę, czas i chęci to zapraszamy na herbatę i domowe ciasto z pieca, kontakt podam na życzenie w prywatnej korespondencji.
      Pozdrawiamy Jacek i Kasia

      Usuń
    3. Bardzo się cieszę, że nie tylko my mamy taki alternatywny pomysł na życie. Co więcej, że się da, mimo, że cały świat twierdzi inaczej. Dziękuję za komentarze i zaproszenie, zobaczymy, co życie przyniesie.

      Pozdrawiam serdecznie i dużo szczęścia życzę :)

      Usuń
  15. czy na pewno na działce ROD można mieszkać całorocznie? Miałem taką działkę i wydaje mi się ze są ograniczenia w regulaminie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I kotów nie można dokarmiać, a ludzie karmią. I zwierząt trzymać, a kury i króliki to standard. I altany nie mogą mieć kominów, a mają. Dużo rzeczy nie można :)

      Jakby mieli z działek wyrzucić wszystkich, którzy na nich zamieszkują, państwo zbankrutowałoby na zapewnianiu tym "bezdomnym" mieszkań socjalnych. W końcu w próżnię wyrzucić nie wolno, a już zwłaszcza z dziećmi.

      Usuń
    2. No cóż, wielu sukcesów w takim razie. Będą potrzebne, bo zdaje się wydajecie wszystkie pieniadze zależąc od kaprysu byle babci, której nie spodobają się zyjący na kocią łapę bezdomni na działkach.

      Usuń