wtorek, 9 maja 2017

Ług z popiołu drzewnego i moje pierwsze mydło potasowe


Strasznie stęskniłam się za robieniem mydła.

Brakowało mi bardzo tego planowania: jakie oleje, w jakich proporcjach, jakie dodatki, a później mieszania i niecierpliwego czekania na efekty. Mimo, że jestem w tym temacie dość początkująca, bo ukręciłam łącznie z 7 mydeł (i to takich bez szału), wyobraźnia zaczęła mi działać na wysokich obrotach. Naoglądałam się filmików, jak robić wzorki, maziaje i inne cuda. Zgłębiłam temat naturalnych barwników, bo absolutnie nie chcę używać sztucznych. Kombinowałam z jakich ziół zrobić maceraty olejowe do mydła. No, tęsknota pełną parą.  

Tylko, że wkradły takie małe życiowe problemy: mam dom o powierzchni 15 m kwadratowych, cztery garnki i absolutny brak bieżącej wody. To się nie może udać. Gdzie ja będę trzymać półprodukty (na razie siedziały w domu rodzinnym)? Gdzie będzie leżakować mydło? No nie da się, no.

Podzieliłam się tymi spostrzeżeniami z Samcem. Prychnął, brew zmarszczył, orzekł:

- Czyli po prostu Ci się nie chce?

Zapowietrzyłam się niesamowicie i oburzyłam. Jak to, mi się nie chce?! Wszak warunków nie ma! Pooburzałam się tak jakąś dobę, pooglądałam więcej mydlanych filmików w Internecie. Posmuciłam się, że nawet tego nieszczęsnego NaOH nie mam pod ręką, to może chociaż jakieś najtańsze na rzepaku i smalcu by było... Pokręciłam się po ogródku i olśnienia doznałam: POPIÓŁ!

No jak nie, jak tak? Przeca pierwotnie mydło robiło się ługu uzyskanego z popiołu drzew liściastych, a tu sobie elegancko stoi wiadro pełniuśkie tego surowca. Z dębu i olchy. Temat zgłębiłam, napaliłam się niesamowicie i przystąpiłam do działania, wiedząc, że ług z popiołu jest bardziej potasowy, więc mydło wyjdzie w paście.

Czary i magia. A było to tak:

Wiadro popiołu zalałam wodą, tak, żeby się dało wymieszać. Wybełtałam, odstawiłam na godzinę. Przecedziłam przez starą rajstopę i uzyskałam takie paskudne, szare cuś. Wlałam do garnka, wstawiłam elegancko na kuchenkę i cierpliwie czekałam aż odparuje.


Produkt wyjściowy

Kiedy już ładnie odparowało, zlałam do słoika. Okazało się, że zrobił się piękny, klarowny bursztynowy płyn. Zostawiłam do ostygnięcia, żeby się ustało i można było zlać znad osadu. Teraz ważna rzecz: żeby zrobić mydło, wypadałoby wiedzieć jakiej mocy ma się ług, żeby dobrać do tego ilość tłuszczów. Dobrze byłoby mieć do tego ługometr (takie drewniane ustrojstwo, działa na zasadzie siły wyporu). Że jestem niecierpliwia i chciałam na już, znalazłam prostszy sposób: wrzucić do ługu surowe jajo. Jak tonie – trzeba dalej odparować. Jak pływa - jest ok.

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie poszła na skróty jeszcze bardziej. Ług miał konsystencję syropu, a w lodówce zostały ostatnie dwa jajka na śniadanie. Wniosek prosty: na pewno jest OK :D

Gotowy ług z popiołu

Idziemy dalej: jakby coś nie wyszło, stwierdziłam, że nie będę szaleć z drogimi olejami, jednocześnie chciałabym mieć coś mocno pielęgnującego, jeśli wyjdzie. Trafiło na najtańszą oliwę z oliwek, z wytłoczyn, szalone 14 zł za litr. Podgrzałam ok. pół litra oliwy, sugerując się informacją, że w przypadku ługu z popiołu, oleju powinno być około dwa razy więcej. No i bałam się, że ługu może być za dużo, że całe tłuszcze się zmydlą i będzie żrące.

No i przedobrzyłam :D

Wlałam ług do tłuszczu. Cierpliwie miksowałam, podgrzewałam, miksowałam, podgrzewałam. Po pół godziny konsystencja w ogóle się nie zmieniała, ja popiołu więcej nie miałam, zrobiłam w myślach rachunek sumienia i doszłam do wniosku, że jeśli brakuje tylko trochę zasady, żeby ruszyło, to dodam sody oczyszczonej. Myślę, że to było posunięcie nie do końca mądre, ale - hej - jeśli coś jest głupie ale działa, to nie jest głupie. 

Nie zadziałało.

A tak dobrze się zapowiadało...

No cóż, eksperyment okazał się porażką, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 

Doświadczenie dało mi dwie rzeczy:
  1. DA SIĘ. Nawet w moim baraku, nawet nie mając za bardzo pola do popisu. Choćbym miała oleje grzać na ognisku. Da się. Tylko trzeba ruszyć dupsko.
  2. Dostałam kopa motywacyjnego i przekonałam Samca, że zakup półproduktów to bardzo ważna rzecz (on sobie kupił w związku z tym ekspres do kawy. Wszyscy zadowoleni. Swoją drogą, ciekawe co na to powie znajoma znajomego od drukarki :D)
Historia kończy się tak, że tłuszcze wcale się nie zmarnowały. Odstały dwa dni w garnku, ja dokonałam dziś zakupów u Inez (dostając gratis w postaci całej góry szklanych buteleczek – jeszcze więcej radości!) i przeliczyłam ile KOH potrzebuję, żeby naprawić to, co nabroiłam. Teraz, kiedy piszę ten post, w garnku mydli się moje pierwsze mydło potasowe (a Samiec robi sobie kawę). Z samej oliwy. Pachnie pięknie mydłem marsylskim. O ironio, kiedyś kupowałam płyn do mycia podłóg o tym zapachu, tak go lubię.

Coraz lepiej :)
Bonus od Inez - do umycia i poodklejania

Gęba mi się sama uśmiecha, a w notatniku już mam zaplanowane mydło laurowe, które jeszcze dziś zmajstruję.

Wnioski z historii:
  1. Jak Ci się wydaje, że coś stoi poza zasięgiem Twoich możliwości, prawdopodobnie tylko Ci się wydaje. Myśl, kombinuj i wyjdź poza schematy, bo sposobów na rozwiązanie problemu jest mnóstwo. Jak mawia Samiec: każdy kij ma dra końce. Jak go złamiesz, to będziesz mieć już cztery.
  2. Każdą porażkę można przekuć w sukces. Wystarczy schować do kieszeni ego, które potrafi być straszną k*rwą i działać na naszą niekorzyść. Nie zamartwiaj się, że nie wyszło. Nie zachowuj się jak dziecko, które strąca z planszy pionki i się obraża, bo zaczęło przegrywać w Chińczyka. Daj sobie czas, przemyśl zagadnienie, zastanów się jak sytuację naprawić, lub co zrobić w przyszłości, żeby wyszło lepiej.
  3. Mydło jest dobre na wszystko (kawa też) :)
Pierwsza kawa z ekspresu

4 komentarze:

  1. Gratuluję, do czego będziesz używała tego mydła? Mycia samej siebie czy sprzątania domu?

    Skąd wiedziałaś, że mydło "nie ruszyło"? Nie robiło się budyniowe? Pytam, bo sama nie robiłam mydła z podstawowych składników, tylko starłam Białego Jelenia na jarzynówce i dodałam cynamon i inne takie.

    Widziałaś może tę stronę:

    http://mydlo.c0.pl/forum_mydlo/index.php?topic=206.0

    Piszą, jak wykonać ługometr. Może przyda Ci się taka inspiracja.

    Pozdrawiam - Rebel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest z samej oliwy - typowo pielęgnacyjne, więc do ciała. Na bazie takiego mydła można zrobić np. żel pod prysznic, mydło w płynie. Można też zrobić szampon do włosów, ale tu już trzeba dość dokładnie dobrać oleje i znać swoje włosy. Takie 100% z oliwy raczej się nie nada.
      Do sprzątania lepiej spisuje się z oleju kokosowego - świetnie odplamia i dobrze się pieni.

      "Nie ruszyło", tzn. nie zgęstniało. Na początku składniki ładnie się połączyły, ale w ogóle nie zaczęło gęstnieć, ba, po jakimś czasie rozwarstwiło się i olej pływał po wierzchu. Dodałam już normalny ług i zrobił się ładny budyń. Pierdzieliłam się z tym i tak dwa dni, bo oliwa ciężko saponifikuje. Dopiero po dodaniu gliceryny (alkohol), zaczęło mi żelować, ale to wciąż nie to. Wsadziłam już w słoiki, dziś będę grzać dalej w kąpieli wodnej. Jak nie pójdzie, zostawię do dojrzewania, w końcu samo dojdzie :)

      Polecam mydło od podstaw - nawet delikatny Biały Jeleń się nie umywa.

      Usuń
  2. Uwielbiam przygody, a ten post czytało się trochę jak przygodę.

    Szkoda tylko, że znajoma znajomego od drukarki już się o tym nie dowie.

    OdpowiedzUsuń